Ten o pokoju dziennym

Dziś zadecydowałam zaprezentować wygląd salonu już po
przeprowadzeniu się, ale jeszcze przed remontem.
Pokój, który dziś jest salonem to dwa ogromne pomieszczenia
połączone łukiem. Część pokoju dziennego jest przystosowana do  zapraszania  gości, wypoczynku,  a część służy chłopu do pracy, w niej również
znajduje się koszmarna meblościanka i klatka fretek 😉
Ostatecznie po remoncie ten fragment,  ma być sypialnią, a część pracownicza ma być
oddzielona ścianką, za to połączona z sąsiadującą kuchnią. Na razie jednak
zmobilizowałam wszelkie swoje moce, żeby chociaż trochę ocieplić i przerobić
suche, przaśne,  babcine ściany na nieco naszą modłę.

Na kanapę na tą chwilę nas nie stać, a starszy komplet wypoczynkowy ( troszkę go widać w drugim poście) był nie do odratowania, toteż na tą chwilę  główną kanapą w naszym domu jest moje łóżko z czasów nastoletnich – leżanka MELDAL z IKEI (wielbię!).  Punktem wyjściowym było zakupienie dużej ilości poduszek, niestety ładne,
koronkowe poduszki kosztują dość dużo, dlatego z ulgą zwróciłam się ku
second- handach, strychu mamy, przecen w Jysku i niezawodnemu allegro. Dzięki
temu możemy sobie dobrowolnie ustalać pozycję, w której będziemy siedzieć,
modyfikować ją na swój sposób, a do tego mniej więcej koresponduje z moim
zamysłem późniejszego wystroju. Do tego za spód służy czerwony koc z Lidla, et
voila!

 Moja (nad)interpretacja – wybaczcie pogięte poduszki, dopiero teraz na to zwróciłam uwagę 😉

 

Niestety, ściany też czekają na malowanie – miejscu serduszka jak widać wisiał obraz.
Domyślny zestaw łóżko + materac MELDAL, już chyba teraz niedostępny w Ikei
Druga kanapa to skórzane obrzydlistwo z drugiego postu
przykryte drugim czerwonym kocem i ozdobiony poduszkami. Niestety nie znalazłam
jeszcze dobrego patentu na przytwierdzenie koca do kanapy tak, żeby się nie
ześlizgiwał – patent ze szpilkami i agrafkami skończył się jego podarciem.
Zgodnie ze znanym powiedzeniem ” flaga na twarz i za Ojczyznę” tak wygląda moja współpraca ze Skórzanym Potworem
 
Jak już wspominałam jestem fotofilem. Poważnie, dla mnie
istnieje tylko rozproszone, ciepłe światło popołudniowe, najlepsze na przełomie
sierpnia/września. W domu  – jedyne
słuszne źródła światła to te pochodzące z lamp z rozpraszającymi kloszami. Na
tą chwilę praktycznie wszystkie źródła światła w naszym domu są kloszami
papierowymi. Do tego małe zboczenie w stosunku do lampek świątecznych,  lampioników i kul świetlnych, ale o tym w
innym poście 😉 Nie posiadałam się ze szczęścia w moje urodziny, kiedy do mój
dobry chłop zakupił mi wyjojczony komplet bawełnianych kul.

 

Początkowo kule były właśnie na łóżku, wystarczająco z boku, żeby nie zostały uszkodzone. Moje fretki jednakowoż miały inne zdanie – przyłapałam jednego jak wziął kulę w zęby i dawaj z nią za meblościankę. Tak zginęły już moje rękawice ogrodnicze, kapeć i pewnie milion innych rzeczy, o których nie mam pojęcia. Na tą chwilę kule znajdują się pod parapetem, na dyskretnych gwoździkach. A tak pięknie wyglądały, ech, dolo.
Jedyną rzeczą kupioną w tym roku do salonu jest czarna
szafka, która bardzo dobrze komponuje się z leżanką. Oryginalnie jej
przeznaczenie to szafka łazienkowa, natomiast nam służy za wystawkę do
ulubionych książek i świeczek, na których punkcie mam odrębnego pierdolca.
Lampy udało mi się wyprosić od rodziców, bo akurat też się przeprowadzali.
Podobnie sprawa się ma z kremowym dywanem.
Szafka niełazienkowa.
I to co jest pod szafką – archiwalne numery Werandy Country na które wciąż poluję na allegro.
Oprócz tego, kolejną ozdobą jest ciężki, ceramiczny wazon,
prezent na parapetówkę rodziców. Na szczęście mama nie posiada czerwonych
akcentów u siebie w domu, więc chybcikiem zapakowałam wazon do auta,
napakowałam „krzaków” (robocza nazwa mojego chłopa na gałęzie wierzby
mandżurskiej), rozwiesiłam wiklinowe kule….i jest to kolejne, rozproszone
światło u nas w salonie. Uwielbiam wieczorem usiąść  włączyć bawełniane i wiklinowe kule i cieszyć
się ich światłem. Oprócz tego zapalam zestaw świeczek kupiony gdzieś na
promocjach w Rossmanie.
Kradzione nie tuczy i często pasuje do wystroju 🙂
 
Taca ze świeczkami też w stylu gięcia metali 😉

 

Na tą chwilę nasz salon wygląda właśnie tak, choć mam cichą
nadzieję, że już w następnym roku będzie w zupełnie innym miejscu i do tego
należycie odpicowany 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *