Moje psie problemy i porażki – refleksja po wakacjach :)

Zgodnie z moim postanowieniem ( 1 post na tydzień, w systemie zmianowym – raz post psi, potem “normalny”) dziś nastał czas na post podsumowujący nasze wakacje – głównie skupiłam się na elementach, które mają dla mnie kluczowe znaczenie a widać jakieś efekty (bądź ich brak) na tym polu.

Nawet nie wiem, kiedy nam minął ten
tydzień 🙂 Nałykani jodu, ogorzali od słońca i wiatru
powróciliśmy z nowymi siłami do stałych (starych:P) obowiązków.
Nie ukrywam, że i drugi tydzień by się nam przydał, ale póki co
wystarczyło. Może w przyszłym roku 🙂
W końcu udało mi się spełnić marzenie i zrobić zdjęcie otrzepującemu się psu 🙂
Dla Baloo ten tydzień był bardzo
obfity we wszelkie wrażenia, myślę też, że dużo się nauczył.
Miał do czynienia z przeróżnymi sytuacjami, których nie napotyka
codziennie (część poznawał za szczyla podczas najbardziej
“gorących” tygodni socjalu :P). Oto kilka moich porażek
“pedagogicznych” – przypominam, że młodzież jest
właśnie w uwielbianym przez psiarzy okresie nastoletnim –
ostatnio we wstecznym lusterku zauważyłam chyba swoje pierwsze siwe
włosy 😛
Dla nas po części była to
nieustająca praca, i poniekąd, tak to wtedy odczuwałam, orka na
ugorze, ale mam nadzieję, że idziemy ku dobremu. Posta opatrzyłam jednak tymi pozytywnymi zdjęciami, nie lękajcie się!

Balu vs podróż

Generalnie ośmiogodzinna podróż mimo moich obaw ( w szczenięctwie szczyl miał chorobę lokomocyjną) minęła idealnie. Mieliśmy jedną dłuższą przerwę pod Kaliszem u Teściów, gdzie pies miał chwilę na rozprostowanie gnatów, szybki, pełen emocji spacerek (KROWY! KRÓLIKI! PIESEŁ!) i powrót do metalowej puszki. Na początku miał opory przed zaśnięciem, ale potem drzemał całą drogę, z krótkimi siuś – pauzami.
Niemogezasnąć bo wywiozą w las i zostawią!

Balu vs stróżowanie.

 

Szczyl dorasta, hormony grają mu
wojskowy marsz, krew w młodych żyłach pulsuje. Łaciaty łeb czuje
przemożną potrzebę zakomunikowania każdemu nieznanemu osobnikowi
“NIELUBIECIE”. W praktyce wyglądało to tak, że nasz
domek był usytuowany pomiędzy domem właścicieli a domem dzieci
właścicieli. Czyli drogowa trasa przelotowa między domami
prowadziła dokładnie obok naszego ganku. Balu, jako owczarek
australijski, mężczyzna z krwi i kości uznawał za stosowne
ostrzegać nas o potencjalnym zagrożeniu donośnym szczekiem. Co 5
minut, jeśli była potrzeba. Cały tydzień spędziłam z psem na
lince, w jednej garści dzierżąc smakołyki, w drugiej średnio
interesującą książkę, próbując zawładnąć nad otworem
gębowym szczyla. Pikanterii dodawał fakt, iż właściciele
posiadali dość głośne dzieci w rozkosznym wieku lat 8 czy tam 10.
Lubili oni bawić się w wojnę nie szczędząc przy tym efektów
akustycznych, biegania i darcia japy jakiej nie powstydziłby się
nasz owczarek. Efektem byłam załamana, gdyż pod koniec wyjazdu
pies po prostu darł gumiora, patrzył na mnie, po czym kładł się
( moje domyślne polecenie) i kontynuował z pozycji leżącej. Lekko
zniesmaczona porażką powróciłam do domu i tam w końcu zobaczyłam
efekty mojej tygodniowej pracy. Pies w domu podnosząc alarm na moją
wyraźną i stanowczą prośbę zamyka twarz i przychodzi w pobliże
się położyć. Oczywiście nie spoczęłam na laurach, wciąż
pracujemy z delikwentem, niemniej jednak dobrze jest wiedzieć, że
jednak coś przedarło się przez hormony do nastoletniego łba.
Mam zapiaszczony mózg, wołałaś milordzie?

Balu vs inne psy

Dużo nad tym pracowaliśmy i dużo
pracy przed nami. Oczywiście częściej napotykaliśmy się na brak
zrozumienia ze strony niefrasobliwych psiarzy, ale na to spuśćmy
zasłonę milczenia. Albo nie. Ale o tym na końcu podsumowania. W
skrócie – pod koniec tygodnia udało nam się trochę poduczyć
Bala, że do mijanych psów wcale nie trzeba wyrywać, co więcej
najlepiej je ignorować. Nie jest jeszcze w 100% dobrze, ale myślę,
że widzę postęp.
A tu Balu z drewnem. A niby dlaczego by nie ? 🙂
 
 
Skupiam się, mimo ludzi, deptaku i innych psów!
 
A teraz uwaga, będzie trochę jadu.
Nie potrafię zrozumieć wybierania się
na plażę z psem żeby spędzić tam cały boży dzień od 10 – 19.
Bunkruje się taki za swoim parawanem, a psa puszcza luzem. Dzięki
temu podczas naszego pierwszego spaceru nad morzem jakiś oszalały
JRT wyskoczył i próbował zaatakować spokojnie idącego na smyczy
Bala. Nikt nie próbował się nawet pofatygować zza parawanu,
dopiero jak pies zaczął być bardziej natrętny i próbował
dziabnąć mojego psa (na szczęście w kryzę, więc nie miał szans
coś mu cokolwiek zrobić) ktoś wysłał posiłki po psa. W osobie 8
letniego chłopca. Który to rozpaczliwie próbował złapać małego
potwora. Jestem w stanie taką sytuację zrozumieć jeszcze –
moment nieuwagi, pies wyślizgnął się z szelek, natomiast przy
mojej dobrej woli (nie było jej co prawda wiele;P) nie byłam w
stanie zrozumieć sytuacji, która nastąpiła tego samego dnia,
nieco później.
Balu w kwiatkach, na uspokojenie 🙂
Otóż rozłożyliśmy się dość
daleko od innych ludzi (co pod koniec sierpnia nad morzem wbrew
pozorom nie jest trudne). Nasz obóz składał się z dwóch psów i
pięciu ludzi. Pies znajomych innych psów nie lubił. Jakieś
200-300m od nas zalegali psiarze z dwoma psami. Na początku jeden z
nich, podszedł wraz z właścicielem. Golden jak golden, nie na
smyczy, ale generalnie przyjaźnie nastawiony. Jednak pies znajomych
nie musiał mieć ochoty być przyjaznym, a znajomi zajęci 6
miesiecznym dzieckiem i mając posłusznego psa niekoniecznie chcieli
też mieć obowiązek skanowania całego terenu patrząc na innych
ludzi z pieskiem “onnicniezrobi”. Znajomi zgrzytając
zębami wzięli swojego psa na smycz, my z Baloo pozostaliśmy na
arenie. Pies w pląsach śmigał dookoła mnie, ja trzymałam swojego
psa na smyczy, próbując po prostu wyegzekować od szczyla żeby
spokojnie usiadł i skupił się na mnie zanim pozwolę mu na harce.
Właściciel psa nie zrozumiał i radośnie zaczął mi tłumaczyć
że pieski nic sobie nie zrobią. Wyłumaczyłam mu, że chodzi mi o
wychowanie mojego psa, o dziwo zrozumiał. Poczekaliśmy na
ogarnięcie emocji, a potem pozwoliłam na radosną zabawę. Wszystko
skończyłoby się jedwabiście, gdyby nie drugi pies tej ekipy. Otóż
pan wraz z goldenem zawinął żagle, myśmy oddali się rozkoszom sielanki na plaży, spożywając jedzenie z piaskiem gratis. Nagle ni
z tego ni z owego pojawił się basenji. Ewidentnie podążający sam
sobie z drugiego obozu. Na początku sytuacja wyglądała całkiem
niegroźnie, ot pieski obwąchały się i nawet kilka ukłonów do zabawy poczyniły . Do czasu gdy basenji zwietrzył żarcie – w tym
momencie skoczył mojemu zaskoczonemu psu do gardła ( i znów –
Balu ocalon dzięki kryzie). Kobieta słyszać warkot i odgłosy
ataku nieśpiesznie ruszyła od swojego obozu w naszą stronę. Mój
pies zaskoczony, nie bardzo wiedział co miał robić, basenji stawał
się coraz bardziej agresywny. Kobieta ze spokojem podeszła (po moim
stanowczym “proszę wziąć psa”), wzięła psa na smycz
odwróciła się i poszła. Bez słowa przeprosin, czegokolwiek.
Naprawdę rozumiem, że psiarze uważani są za zło
konieczne i ludzie widząc psa bez smyczy obawiają się. Nie dziwię
się wymogowi chodzenia z psem na smyczy – naprawdę, po tych
wakacjach, się nie dziwię.

 

Nie wiem jak mam skomentować ten temat, dlatego wklejam Wam zdjęcie Bala na słupku.

Balu vs dzieci

Balu niemowlaki kocha. Może to kwestia tego, że hodowcy mieli małe dzieci w domu, może gdzieś gra w nim krew mamy i taty, którzy są dogoterapeutami, w każdym razie działa to super. Może to kwestia ich zapachu, dźwięków które wydają, śmiesznych
ruchów – w każdym razie pieseł w małej Ali był zakochany po
uszy. Delikatnie sprawdzał, czy u niej wszystko dobrze, dotykał
noskiem, lizał po rękach, buzi. Wszystko bardzo ostrożnie, z
wyczuciem. Natomiast z nieobytymi, głośnymi dziećmi w wieku 1+ już
jest trudniej – wydają śmieszne dźwięki, dziwnie chodzą,
piszczą i uciekają – trochę to dużo dla rozentuzjazmowanego
szczeniaka. Trzymałam go w ryzach, ale wiem na pewno, że bez
kontroli by się nie obyło.
Jestem delikatnym Balem, kocham cię ludzkie szczenię.

Balu vs chodzenie na smyczy

Cały czas na takie 3+ w porywach 4.
Szczególnie, że zainwestowaliśmy w pas do canicrossu z szelkami i
amortyzatorem ( hit urlopu, bardzo wygodna rzecz), gdzie pies raczej
ma i musi ciągnąć. Próbowaliśmy wyćwiczyć kwestię tego, że
na szelkach się ciągnie, w obroży nie, na razie z dość dobrym
skutkiem ( aż zdziwiona jestem, że pies takie rzeczy odróżnia, na
razie to działa bez zarzutu). Ale samo chodzenie w obroży na smyczy
jest różne. Raz świetne, raz tak słabe, że szlag mnie trafia, bo
walczymy z tym od szczenięctwa, czasem powoli tracę nadzieję, że
pies będzie potrafił iść spokojnie na smyczy, bez chodzenia na
kontakcie. Mój ideał to pies idący na luźnej smyczy, ale nie
skupiający się na mnie, tylko na ziemskich przyjemnościach – na
razie mamy poruszanie się na skraju długości smyczy – jeszcze
nie ciągnięcie, ale linka jest prawie prosta, albo linka w zupełne
“U”, ale na konakcie, prawie przy nodze i pies patrzy na
mnie. No nic, próbujemy dalej.
Jestę husky. Pociągowy husky.

Balu vs przywołanie.

Codziennie robiliśmy około 16
kilometrów piechotą. W przeróżnych kierunkach, konfiguracjach,
klimatach, pogodach. Morze, las, pola, miasto, jeziora – co tylko
dusza zapragnie. Wszędzie było idealnie – część Balu
przechodził na smyczy (wspomniane wcześniej), część z pasem,
część luzem. Do pewnego incydentu przywołanie mieliśmy 100%. Felernego dnia wracaliśmy ścieżynką z lasu, gdy spod nóg
piesełowi hycnął zając. Tyle go widzieliśmy, mimo rozpaczliwych
prób przywołania (mam złotą zasadę : dwa razy wołam, po trzecim
zawsze szedł na smycz) psa nie było. Dla mnie sekundy ciągneły
się w wieczność (szczyl zniknął z pola widzenia w młodniku), aż
nagle Balu zameldował się tuż przy mnie, jakby nigdy nic. Zasady
są zasadami, więc został nagrodzony. Reszta obserwatorów
twierdzi, że nie było go maks minutę, jednak to wystarczyło,
żebym poczuła sie znięchęcona i lekko załamana – uważam
przywołanie za kluczową komendę, w skrajnych okolicznościach
potencjalnie ratującą życie i wydawało mi się, że mamy ją
zrobioną świetnie. W polach bez problemu potrafiłam go odwołać
od biegnięcia wprost na ptaki szukające ziaren, w domu pracujemy na
zabawkę odłożoną w zasięgu jego wzroku, mamy nieźle zrobioną
rezygnację stąd ta porażka nieco mnie zasmuciła. 
Siemasz, wołałaś ?
 Następnego dnia
na szczęście troszkę odrobił moje nadszarpnięte zaufanie –
pobiegł za tropem i z odległości 100-200 metrów na moje
przywołanie zawrócił i pełnym pędem zameldował się u mnie.
Jednak wciąż z pędzeniem za namacalną zdobyczą (koty, myszki)
mamy problem. (Choć wczoraj było nieco lepiej – biegł za jeżem
(sic! :P), i jak tylko do niego dobił, w locie go niuchnął, po
czym pędęm przyleciał do mnie). Nie wiem, czy mogę uznać to za
namacalny sukces, niemniej staram się być optymistką. Jak to u Was
wygląda? Spotkałam się z opinią, że przywołanie psa, gdy już
rozpocznie pogoń jest niemożliwe, nie chce mi się wierzyć, jakie
jest Wasze zdanie? Czy wszystko mogę zwalać na karb nastoletniej
głupawy? 

Balu vs trup

Mamy taką sobie o, rozkoszną komendę.
Nazywamy ją sobie równie optymistycznie – trup. Owa sztuczka
polega na tym, że pies na gest pistoletu i wystrzału z dłoni pada
w konwulsjach na ziemię. Działała ona świetnie do czasu wakacji.
Podczas wakacji próby wyegzekwowania wyżej wymienionej kończyły
się gorącą dyskusją, pluciem, szczekaniem, skokami, proponowaniem
każdej innej sztuczki zamiast niej. Po powrocie do domu – minęło
jak ręką odjął. 

 

Uszko się odwinęło, temu misiu.

Balu vs siedzenie w knajpach

Nie jesteśmy barowym typem
urlopowicza, jednakowoż czasem człowiek potrzebuje coś zjeść.
Jako, że okres gorącej socjalizacji Bala przypadał na miesiące
zimowe (styczeń – luty – marzec) akurat grzecznego siedzenia w
ogródku piwnym nie mieliśmy szans przepracować. Na szczęście
pieseł jest nauczony spokojnego leżenia przy stole gdy starsi
śniadają, dlatego też nie robiło mu specalnej różnicy leżenie
pod stołem w knajpie 🙂
Balu padnięty po spacerze kima pod stołem w knajpie 🙂
 

 

Będziesz kończyć tą rybkę?
 

I najważniejsze (dla mnie):

Balu vs Pan Mąż

Pan Mąż nigdy psa nie miał. W sumie,
pewnie gdyby nie ja, nigdy by psa nie chciał mieć. Od początku
pobytu Baloo u nas bardzo się starał, pomagał, próbował, uczył
się. Jestem zachwycona efektami, tym, że i podczas pracy i zabawy z
nim, Balu też świata nie widzi – ludzie mogą przechodzić koło
niego, psy bawić się obok, on widzi tylko piłkę i twarz Pana
Męża, ćwiczy, pracuje i kocha go tak samo 🙂 Jest to ich wielki
sukces, nie potrafię patrzeć na to bez emocji i ciepłego uczucia w
serduchu. Dumna jestem, bo nie zawsze było łatwo! 🙂
Bal – catch na stopro!

 

Urodzony handler !.
 
 
 
Tak lubię to zdjęcie, żałuję, że ucięłam! 🙁

 

Pozdrawiam Was ciepło z łoża boleści – wczoraj odbyłam weekendowy dyżur, dziś zdrowieję w łóżku, bo nie mam czasu na chorobowe 😛

PS – W końcu założyłam blogowy fanpage! Ale jestem z siebie dumna 🙂

 

18 komentarzy na temat “Moje psie problemy i porażki – refleksja po wakacjach :)

  1. Świetny wyjazd za Wami, mi też marzą się takie wakacje z psem :). Ahh co ja tu mogę mówić o tych zachowaniach, mój to wieczny szczeniak. Z przywołaniem męczymy się od kiedy jest u mnie- i nadal gdy jesteśmy sami, jest pięknie, idealnie. Kiedy pojawia się ktoś/coś na horyzoncie- pies jakby nie znał komendy, bo musi się przywitać/pogonić. Masakra jednym słowem. Dlatego co chwilę mam dość i zastanawiam się co robić dalej. Obecnie zaplanowałam sobie całe 2 tygodnie na lince, może to przyniesie jakieś efekty ale nawet nie będę miała jak go sprawdzić- nie zaufam mu na tyle, żeby puścić go przy możliwych ludziach, bo przy psach nie ma o czym mówić…Podobno to jego niezależny charakter i upartość, chociaż wiem że gdybym bardziej się zabrała za niego od początku, pewnie byłoby łatwiej z tym przywołaniem i w ogóle z pracą przy psach. Ale z drugiej strony, dzisiaj na przykład będąc w schronisku na spacerze luzem biegała suczka, która była u nas na każde zawołanie, nie ważne co pojawiło się na drodze. Więc charakter chyba jednak gra dużą rolę..
    No ale nie ma co porównywać, bo u Was o wieeele lepiej ;). Pewnie sobie nieźle poradzicie :).
    Świetne zdjęcia.

    1. My sobie w sumie już nie wyobrażamy urlopu bez psa 😉

      Ja szczerze uważam, że z owczarkami to chyba najłatwiej – one zawsze były kształtowane pod to, żeby na sto procent działać z człowiekiem, więc jakieś predyspozycje genetyczne pozostają. Nie wiem, czy miałaś Emeta ze sobą od szczeniaka? Bo też w mojej opinii praca od szczyla do dorosłego psa może być nieco mniej frustrująca i nagradzająca 🙂 Ale w sumie to jest mój pierwszy szczyl, jak już wspominałam moje poprzednie psy były z odzysku, także nie czuję się specem 🙂

      Oj coś wiem o niezależności – miałam charta! 😛

    2. Trafił do mnie gdy miał około 4 miesięcy więc był nadal szczeniakiem,chociaż sięgał już do kolana :P. Z pewnością gdybym na początku wiedziała jak pracować ze szczeniakiem byłoby łatwiej,no ale cóż. Podobno z pierwszym psem jest najtrudniej bo dopiero się uczymy.

  2. Jeżeli chodzi o chodzenie na smyczy – dzięki "życzliwemu" wsparciu osób trzecich również mamy z tym problem – to aż za dobrze rozumiem, przez co przechodzisz i rozumiem też, jakie są Twoje oczekiwania. Równaj i kontakt wzrokowy to jedno, a spokojny spacer na luzie to drugie. Ostatnio fajny sposób na wypracowanie tego sprzedała mi sportowa trenerka, do której chodzimy na zajęcia z rally. Muszę przyznać, że na Brzydaliksa działa nieźle. Odbyłam rano bardzo spokojny – jak na nią – smyczowy spacer, a ćwiczymy dopiero od wczoraj.

    1. To nie tak, że chcę trzymać to w tajemnicy, po prostu trochę ciężko wytłumaczyć jak to powinno wyglądać. Postaram się napisać jakoś w punktach…
      1. Pies idzie na luźnej smyczy, wącha krzaczki, zmienia strony człowieka, po których idzie, etc. To jest ok i kiedy tak się zachowuje nic nie robimy. Nie chwalimy, na piszczymy, nie dajemy smakołyków, tylko po prostu idziemy tam, gdzie pies chce iść – do tego konkretnego krzaczka, w tę konkretną alejkę. Dopóki smycz jest luźna pies cieszy się maksymalną swobodą w jej zasięgu i człowiek nie przeszkadza mu w eksploracji. To jest jego nagroda.
      2. Kiedy smycz jest napięta i pies zaczyna ciągnąć/ wyrywać się w kierunku x, my idziemy w przeciwnym kierunku y. Ale. Nie chodzi o to, żeby po prostu odwrócić się i zacząć iść w przeciwną stronę. Powinno wyglądać do mniej więcej tak: pies ciągnie, wtedy pochylamy się i robimy kilka małych kroków w tył, jednocześnie przyciągając do siebie psa na smyczy. Nie szarpiemy, nie krzyczymy, nic nie mówimy, nie przywołujemy do siebie. Jedyne, co robimy to przyciągamy psa w swoim – czyli przeciwnym niż by sobie tego życzył – kierunku. Stosujemy stały nacisk na skierowaną w dół smycz (tak, żeby nie ciągnąć łba psa w górę i nie nadwyrężać jego szyi). "Zbieramy" psa z końca napiętej smyczy w swoją stronę. Kiedy pies znajduje się tuż przy naszych nogach – natychmiast luzujemy smycz, tak, aby nie było na niej żadnego napięcia i pozwalamy psu ponownie iść w kierunku, w którym szedł wcześniej. Fajnie, jeżeli pokierujemy psem tak, aby nas obszedł dookoła lub odwrócił głowę od tego, co go tak zainteresowało.
      3. Ogólna zasada: napięta smycz – nie ma swobody, nie idziesz tam gdzie chcesz. Przy nogach przewodnika nigdy nie ma napięcia smyczy. Pies idzie gdzie chce, kiedy smycz jest luźna. Pies wraca do Twój koniec smyczy kiedy jest ona napięta. Nie nagradzamy psa, raczej prezentujemy mu schemat "luźna smycz = fajnie, napięta smycz = niefajnie" jako sposób działania rzeczywistości, tak, żeby to możliwość eksploracji stała się nagrodą.
      4. Nie nadużywamy komendy równaj, nawet w chwilach największej frustracji. Równaj to równaj, a spokojny spacer to spokojny spacer, a nie praca na kontakcie wzrokowym.

      Mam nadzieję, że coś z tego wiadomo. Jeżeli nie wyraziłam się dostatecznie jasno mogę spróbować porobić zdjęcia/ nakręcić filmik.

    2. Wszystko jasne, jest idealnie wytłumaczone, dzięki! Jestem ciekawa co z tego nam wyjdzie, bo z każdym słowem, które czytałam coraz bardziej podobała mi się ta metoda. Genialne, super, baaardzo dziękuję! 🙂

  3. Jeśli chodzi o chodzenie na smyczy, to my od początku bardzo się do tego przykładaliśmy i… dupa! Rio jeśli nie był na kontakcie to ciągnął. Przerabialiśmy masę metod i nie! Przeżywaliśmy mega dołki, przede wszystkim dlatego, że bardzo dużo chodzimy z nim w miejsca, w których nie możemy go spuścić ze smyczy. Chodziłam więc z nim na spacery właśnie w pasie biodrowym i szelkach.
    Właściwie dopiero jak skończył 1,5 roku to spacery przestały być takie męczące i widzieliśmy, że coś do niego zaczyna trafiać z tych nauk. No i właśnie przez ostatnie pół roku poczyniliśmy olbrzymie postępy, właściwie jak na moje wymagania jest idealnie. Wydaje mi się, że wiele psów potrzebuje po prostu dorosnąć, żeby to ogarnąć.

    Wiem, jak to jest frustrujące. Napiszę Ci co robiliśmy i co dawało najlepsze efekty.

    1) Bardzo pomaga obserwowanie emocji psa – jeśli robi się zbyt podekscytowany sadzamy go i czekamy, aż emocje opadną. To jest bardzo ważne, bo czasami wystarczy 30 sekund siadu, żeby zmienić stan umysłu psa.
    2) warto trzymać się jednej metody przez dłuższy czas, czasami efekty widać dopiero po tygodniach pracy
    3) nam bardzo pomogło studzenie emocji przed wyjściem z domu, jeśli widziałam, że Rio jest za bardzo podekscytowany nawet nie zaczynałam spaceru
    4) korzystaliśmy z tych i innych metod tej trenerki
    https://www.youtube.com/watch?v=sFgtqgiAKoQ&list=TLPu76wMAsQh31h3GjHvqiFJscdAUyzFbS
    5) Rio w stan ciągnięcia potrafiło wprawić czułe powitanie na klatce schodowej z sąsiadami, albo minięcie się z ujadającym psem – dlatego kontrolujemy środowisko i wyciszamy, wyciszamy i jeszcze raz wyciszamy
    6) jeśli na spacer wychodzą dwie osoby to ustalcie zasady, u nas kluczowe było ustalenie tego, że przed drzwiami Rio ma się uspokoić, usiąść i nawiązać kontakt wzrokowy. Poza tym komenda na sikanie na porannym spacerze, przestaliśmy pozwalać mu się dociągać do pierwszego lepszego krzaczka "bo przecież tak mu się chce siusiu po nocy"

    Teraz Rio ma 2 lata i jeśli nie jest w stanie ekscytacji (inne psy biegające luzem, jakiś znajomy idący przed nami) to raczej nie cięgnie na smyczy, a spacer z nim to czysta przyjemność.

    1. Hahaha <3 dziękuję! 🙂 Siemasz wołałaś mam na tapecie, ma rozkosznego, rozbieżnego zeza na nim 😛 (to wszystko ten merling!)

      My mamy po prostu komendę "czekaj" która zamraża psa w danej pozycji, więc po prostu najczęściej naprowadzam go, "zamrażam" , robię zdjęcia, a potem zwalniam 🙂

  4. Już jakiś czas temu przeczytałam ale jakoś uciekło mi skomentowanie… cóż ja jako właścicielka goldena i jako obracająca się w "towarzystwie" labradoro – goldenowym mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że większość właścicieli tych psów to święte krowy a jeszcze świętsze są ich psy…pozwalają im na wszystko, a co tam niech biega niech sie bawi, niech podbiega do obcego psa… co mnie obchodzi że ktoś może nie mieć ochoty na taki kontakt, może nie mieć czasu albo jeszcze miliard innych rzeczy… dlatego nie zorzumiem nigdy puszczania psów "żeby się pobawiły". JA to jestem w ogóle zła i wyrodna bo ludzie wyciągają ręce, cmokają, wołają a ja ich ignoruje (w najlepszym przypadku ) i zabraniam psu bycia głaskanym. Pewnie go biję w domu, nie kocham i w ogole to powinni mi odebrać prawa do niego :). Powiem szczerze że mentalność, przyzwyczajenia i reakcje ludzi na psa idącego ulicą i to jeszcze o zgrozo tak rozpoznawalnej rasy jak moja to koszmar. Nie przepadam za interakcjami z obcymi ludźmi więc jak widzę że z uporem maniaka wszystkimi kanałami próbuje zwrócić uwagę psa z którym idę to mnie trafia. Zwyczajnie nie chce mi się z tymi ludźmi gadać … a to z kolei powoduje, że raczej nie zamierzam się pakować w kolejnego psa…chcę mieć spokój.

    1. Aaa idealnie odwzorowałaś moje poglądy! 🙂 Też nie życzę sobie, żeby ktoś z łapami pchał się do mojego psa! 🙂 Ty masz goldena, więc rasę niestety kochaną przez ludzi – myślę, że masz trudniej ! U mnie Balu nie przepada za obcymi ludźmi, jest nieufny, więc mam o tyle łatwiej, że on sam olewa przechodzących obcych.

    2. Mój jak był piękny i młody to reagował jakby go w domu nikt nie głaskał…niestety mentalnie długo był takim głupim szczylem a fizycznie już niekoniecznie. Ludzie którzy sami wyciagali do niego łapska bo taki słodki nagle zaczęli się go bać, bo jest większy, bo dziwnie energiczny itd… Teraz i pies mi się na to uodpornił, mam wręcz wrażenie że czasem też ma dość. Na wołania obcych w ogóle nie reaguje już kompletnie. Szczytem debilizmu jest np dla mnie cmokanie na psa w czasie podróżny z końca autobusu… nie wiem miał ten pies do tego pana przyjść czy co…bo nie rozumiem, jedyne co usłyszal to, żebym ja na niego zaraz nie cmokneła…i tak z każdym…ja nie mam siły być sztucznie miła i tłumaczyć każdemu debilowi z osoba czego nie powinien robić. To tak jakbym ja chodziła i dzieci ludziom po nie wiem pupach głaskała bo takie słodziutkie….

    3. We mnie się gotuje czasem, jak właśnie ludzie tak totalnie nie myślą (np wołają psa będąc po drugiej stronie ulicy). No albo kiedyś, jak jeszcze socjalizowałam szczyla miała miejsce sytuacja, siedział grzecznie przy przejściu dla pieszych – czekaliśmy na zielone światło i słyszę, jak jakaś kobita za mną mówi do swojego dziecka "pogłaszcz sobie pieska" jakby to była jakieś dobro społeczne. Co za totalny brak odpowiedzialności – ja wcale nie musiałam tego wyłapać, nikt nas nie pytał o zdanie, a inny pies mógłby po prostu się odgryźć. Totalna abstrakcja.

      No dla mnie też to jest porównywalne do pchania łap do wózka, albo tykanie ciężarnego brzucha przez obcych (ojjj będę gryźć!:P).

  5. Fajna refleksja i piękne zdjęcia. Co do przywołania – u Zu dopiero teraz jestem pewna, że nawet jeśli już wystartuje, a ja ryknę to ona wróci. Natomiast dłuuuugi czas było tak pół na pół – jak pies zauważył COŚ to miałam jakieś 2-3 sekundy, żeby go odwołać ZANIM ruszył. Jak już ruszyła to było po ptakach, nawet nie wołałam, bo bez sensu. U Raven niestety jeszcze katastrofa, więc w okolice pełne zwierzątek – asekuracyjnie linka…

    1. My na szczęście – nieszczęście mieszkamy w wiejskiej dzielnicy miasta – więc mamy do dyspozycji bezkres pól uprawnych – na razie moja perfidia doszła do tego, że widzę bażanta i dopiero odwołuję psa w pełnym speedzie do łupu, mniej więcej jak jest już w połowie drogi. Bażant działa, czekam aż pojawią się sarny, żeby wywalczyć, trzymaj kciuki! 🙂

      PS. dziękuję za komplement – myślę, że to głównie zasługa miejsca 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *