Jak to pies sobie aktywność wybiera ;)

Druga część (nie)głupiego sztuczkowania musi pozostać na następny tydzień, nie wyrobiłam ze zdjęciami (pogoda, jak na złość dopisywała, to raczej mnie należą się cięgi za niesubordynację 🙂 ).
Dziś natomiast wprowadzimy Czytelnika w cudowny świat sportu z psem okiem początkującego, jeszcze nieopierzonego i nieotrzaskanego laika – mojej skromnej osoby.

Jak już wspominałam tu już pacholęciem będąc marzyłam o posiadaniu psa. Następnie, gdy istotnie, psa posiadałam, chciałam takiego bardziej nastawionego na pracę z człowiekiem – najchętniej bordera albo aussie. Potem, w końcu udało mi się osiągnąć wymarzony cel (a tak naprawdę to los tak chciał, stawiając na mojej drodze kilka osób, kierując moje ścieżki tak a nie inaczej).
Z psich sportów onegdaj znałam tylko agility i flyball, ale one niespecjalnie we mnie burzyły krew. Wtem, po przeczytaniu kilku(nastu) artykułów, obserwacji znajomych, wczytywaniu się w rasy (długi, długi czas trwała we mnie batalia border vs. aussie) odkryłam obedience i frisbee (chyba, na dzień dzisiejszy, najbardziej medialny sport ). Obi dla mnie jest świetną formą pracy nad relacją człowiek – pies, tu nie ma szans na nieporozumienia. Pies praktycznie głównie z miłości do przewodnika wykonuje ćwiczenia, po których nie może być nagrodzony. Piękna sprawa, porozumienie na najwyższym poziomie. 

 

O to to, takie psie spojrzenie, że tylko Ty się liczysz, że inni mogą nadmuchać, że najfajniejsza, że najkochańsza, że budowanie relacji, współpraca, treningi nie poszły na marne.
 



Wbrew wszelkim regułom, mnie, laikowi najbardziej spodobało się właśnie posłuszeństwo sportowe (udało nam się nawet wziąć udział w treningowych przebiegach ). Szczerze przyznam, że podejrzewam swoją podświadomość o pójście mi na rękę – nigdy nie byłam  i (po wielu treningach biegowych, stwierdzam to z bólem) nie będę zawołaną atletką. Dla mnie machanie ręką i wykonywanie przy tym ćwiczeń wymagających MYŚLENIA oznacza obciążanie tych samych zwojów w mózgu i często któraś synapsa nie łączy 😛

Proszę, oto ja – próbująca nauczyć psa przyspieszania na końcu tunelu. Zalecenie było takie, że zabawkę należy rzucić jak najbardziej W DAL.

 

Żeby nie być gołosłowną, przywołam sytuację z ostatniego treningu – ćwiczymy z Balem obediencowy kwadrat, na razie pracujemy nad prędkością i precyzją celowania w target na kwadracie. Tak więc mechanizm przedstawia się następująco: Bal przy nodze ->komenda ->Bal leci do kwadratu ->  Bal stoi w kwadracie  -> nagroda. Mój mózg załadował jednak informacje jedynie do momentu, w którym słownie wypuszczam psa do kwadratu, Następnie zwiesił się (dokładniej stałam z beznamiętną miną trzymając rękę na samokontroli = znak dla szczyla, że ma stać i myśleć, hue hue, ). Słyszę że Patka krzyczy “STOP, STOP!” i myślę sobie, “no fajnie, aha, można tej komendy w sumie użyć, prawda to, ale on stoi, to czemu ona dalej krzyczy”? Trybik zaskoczył, dopiero gdy usłyszałam “GOSIA POWIEDZ STOP!”. W efekcie pies się zwiesił, bo nie rozumiał, czy robi dobrze, czy nie, ja się odwiesiłam a Patka zaliczyła facepalma 😀

 

Tu akurat Balu pędzi z prędkością światła na obikowym przywołaniu. I też mi się zwoje wtedy palą, nie myślcie sobie!

 

To jest obi, a co z frisbee? Gdzie jednocześnie trzeba pilnować, żeby dysk dobrze chwycić, wyrzucić, zeskanować teren, stopień najarania psa, rozgrzanie, kondycję, wziąć pod uwagę wiatr, zapamiętać układ, rzucić precyzyjnie…Panie, zapomnij! To ja wolę sobie potruchtać z psem przy nodze, kazać psu skoczyć z kawałkiem drewna w ryjku, a najlepiej to go zostawić na zostań i pójść sobie na herbatę na skołatane nerwy.
Bal w niebiosach.
Ale cóż ja poradzę, że mój pies akurat dekiel wybrał sobie za sens życia? Że u nas w domu “The F****** word” nabrało zgoła innego znaczenia? Że szczyl ze stania potrafi pofrunąć w niebiosa, że podczas tego, gdy ja nieudolnie próbuję posłać dysk tak, żeby grawitacja nie zadziałała zbyt szybko on świata nie widzi, nic się nie liczy, ryło się cieszy, uszy kłapią, a wiatr gra na wszystkich brakujących zębach? Ano, piękni moi, nie poradzę nic i talerze trzeba będzie oswoić.

 

Na razie staram się nauczyć normalnie rzucać, co nie jest łatwe. Niektórzy taką zdolność wysysają z mlekiem matki, niektórzy szybko się uczą. Nie ja. Ale czego nie robi się dla uśmiechu na pysku psa? Zresztą, umówmy się, i mnie samej sprawia to przyjemność, jakakolwiek forma aktywnego spędzania czasu z psem jest fajna (więcej np  tu. ). Więc próbujemy, ćwiczymy, ćwiczymy i jeszcze raz ćwiczymy. Jest to, w moim odczuciu, bardzo dobra forma pracy również nad sobą. Wiem, że mnie, królowej chaosu na pewno potrzebna – jest wiele detali, niuansów, ułożenie ręki (frisbee) czy ruszenie z odpowiedniej nogi (obi), nad którymi muszę się skupić, których muszę pilnować. Pozornie nie mają znaczenia, ale mogą zaważyć na ocenie. Taka odpowiedzialność w wersji light. Dopiero stawiam pierwsze kroki, wciąż próbuję, uczę się, podglądam lepszych, staram się z każdego treningu wynieść jak najwięcej. To nic, że zrypana jak koń po pardubickiej wracam z pracy, że w przelocie zdążę cmoknąć męża w policzek (dziękuję mężu, że rozumiesz! :*), wrzucić na szybko coś do żołądka, psa do bagażnika i pomykam na drugi koniec miasta na trening. W hałasie, kakofoni psich i ludzkich dźwięków można znaleźć swój własny, wewnętrzny spokój. Polecam.



Creditsy:

 
Dzisiejsze zdjęcia sponsoruje ciotka Patka, nasz nieoceniony trener. Filmik natomiast to dzieło mojego nieszczęsnego telefonu i niestrudzonego kamerzysty, oraz mentora Natki, która  dzielnie stara opanować się śmiech 🙂 Wszystkie  treningi zamieszczone w tej notce odbyły się w krainie psiej szczęśliwości –  MADzonie 🙂

10 komentarzy na temat “Jak to pies sobie aktywność wybiera ;)

  1. Oj, powiem Ci, że dziko Ci zazdroszczę psa tak najaranego na dyski i ogólnie chętnego do pracy. Jako, że T. to mój pierwszy pies to właśnie dzięki niej odkryłam psie sporty i szalenie mi się taka praca z psem podoba – szkoda tylko, że mój pies niekoniecznie chce w tę tematykę głębiej razem ze mną wchodzić. 😉

    Rzucanie po Bożemu to rzeczywiście trudna sprawa. Niestety, jedyne co można zrobić to ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć i to głównie bez psa. Polecam kupić sobie dwa dyski tylko dla siebie do bezpsiego rzucania i na nich ćwiczyć. Balu Ci ich nie pogryzie, więc będą cały czas dobrze latać i dzięki temu będziesz mogła z treningu na trening obserwować, czy Twoja technika rzutu rzeczywiście się poprawia.

  2. Ha, ale jestem pewna, że T. w próbach tropienia minęłaby Bala w przedbiegach 🙂

    Mamy mamy, chyba z 12 🙂 – zaczynałam od zwykłych fastbacków flexów i odziedziczonych po koleżance Eurablendów (tych używam tylko do szarpania). Ja sobie do rzucania kupiłam Hero Air (akurat na zdjęciu, auć, jest właśnie z Airem moim bezcennym :P) a mamy jeszcze Xtrasy Freestylowe i powiem Ci szczerze, że widzę różnicę – mi bardziej odpowiadają niż fastbacki. Oprócz tego odnoszę wrażenie, że mniej się dziurawią i zużywają.

    My mamy to szczęście, że akurat na treningi chodzimy z zawodnikami – mega znają się na rzeczy, zawsze chętnie dzielą się wiedzą i generalnie jest cudowna atmosfera – podobno moje rzuty się poprawiły od lipca – ja widzę tylko tyle, że rzadziej spieprzę rzut, potrafimy z Balem już współpracować – on patrzy gdzie ja rzucam, ja patrzę w jakim tempie on biegnie i staram się dostosować trajektorię 🙂 No i dużo rzadziej (ostatnio liczyłam na 12 rzutów zrobiłam to RAZ :P) dysk zakrzywia się i wali w ziemię:)) Oprócz tego mam drugi fajny handicap – rodzice mają dom otoczony dużą ilością płaskiego terenu, na którym ładnie sobie możemy ćwiczyć bez obaw o urazy 🙂

    O dziwo mnie łatwiej rzuca się z psem niż bez psa (choć na początku było trudniej), może dlatego, że wtedy mniej myślę o ułożeniu nadgarstka, dłoni, palców i się rozluźniam?

  3. Zazdraszamy! Gibson ma fantastyczny off, ale on na poziomie ślimaka z dystrofią mięśni… do rally, które póki co piłujemy w domu ma serduszko i chętnie łapie kontakt, więc o tyle dobrze. Do agi kombinuje za bardzo i na każdą przeszkodę znajdzie swój sposób, a frisbee nudzi go po 3 rzutach, więc szczerze gratulujemy i baaaardzo zazdrościmy 😀

    1. My pracujemy na offem Bala, szczególnie teraz, gdy hormony grają mu marsza wojskowego 🙂 Na razie niestety zazdrościć nie ma czego, może kiedyś będzie :)) Agility spróbujemy, nie wiem na czym się skończy 🙂

  4. "To ja wolę sobie potruchtać z psem przy nodze, kazać psu skoczyć z kawałkiem drewna w ryjku, a najlepiej to go zostawić na zostań i pójść sobie na herbatę na skołatane nerwy."
    Jak to uroczo zabrzmiało… 😀 ale wiem co czujesz, dla mnie czarną magią są te same rzeczy, rzucam jak ostatnia kaleka, prowadzenie ręką i myślenie – masakra.. chyba musimy spiąć tyłek i wziąć się do roboty ^^

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *