TEST: KONG flyer frisbee.

napis

Widzicie tę lisią kitę? Pełna powaga, siła spokoju…A cóż to Rubinka znów upolowała? 🙂

Dzięki sklepowi internetowemu Nasze Zoo mieliśmy okazję przetestować osobliwą psią zabawkę – Kong Flyer Frisbee!

Wraz z rosnącą popularnością dogfrisbee na rynku pojawiło się wiele wariantów tego przedmiotu. Od podróbek oryginalnych amerykańskich produktów, po mało bezpieczne okrągłe plastiki ze sklepów sieciowych. Jesteście ciekawi jak w tym rankingu odnajduje się nasz prezent?

20150730-_MG_0127

Przede wszystkim, muszę to podkreślić na wstępie – to NIE JEST frisbee. Nie należy go rzucać tak jak w przypadku standardowego talerza. Cały produkt jest wytworzony z porządnej, grubej gumy (znanej każdemu posiadaczowi popularnego “bałwanka”), dzięki czemu jest bardzo odporny na uszkodzenia, łatwo wraca do poprzedniego kształtu, psu przyjemnie się go chwyta w pysk. Jednocześnie jest bardzo wiotki, nie zawisa w powietrzu, ciężko go rzucić na dalszą odległość i trudno przewidzieć jego lot. Ze względu na jego słabe punkty, zabawkę psom puszczałam tak jak zwykłego rollera albo dawałam bezpośrednio do pyska z adekwatną komendą.

20150730-_MG_0041

Początkowo byłam dość sceptyczna. Moje psy uwielbiają frisbee (do tego stopnia, że czasem po treningu obi nagrodą za fajną pracę jest kilka rzutów), dlatego już na wstępie były zachwycone wyglądem zabawki. Po chwili zabawy przekonałam się, że mimo jego braków, aussiki bardzo ją pokochały, a po naszym urlopie już mogłam być pewna, że mamy kolejnego faworyta wśród kategorii “masz to i zejdź mi z oczu“. Brawa! 🙂

20150730-_MG_0064

Od pierwszego rollera psy zakochały się w jego strukturze – wyrywały go sobie, uciekały, gonitwom i wrzaskom końca nie było. Przeciąganie się nim generowało serię warkotów, popiskiwań, przekleństw (tak, Balu przeklina w sytuacjach stresowych: gdy Ru wyrwie mu zabawkę, gdy przy wyskoku minie się z piłką, gdy przebiegnie przed dysk…) i dramatycznych ucieczek. Psy zmachane i zasapane instant!

20150730-_MG_0111
Możecie być pewni, że tutaj Balu zmełł w ustach przekleństwo.

Oprócz przyjemnego materiału, dysk jest wybitnie odporny na odkształcenia, ślady zębów i rozdarcia. Używamy go prawie 1,5 miesiąca, a wciąż wygląda, jakby dopiero do nas przyszedł – nie ma śladów zębów, odkształceń. Podczas tygodnia na wakacjach dysk leżał cały czas na dworze – w słońcu i deszczu – z gumą nic się nie stało, kolor pozostał ten sam. Wygląda na to, że mamy zabawkę niezniszczalną.

20150730-_MG_0090

Aussie bardzo lubią się nim szarpać –  wcześniej po udanych sekwencjach nagradzałam psy starym eurablendem ( zdecydowanie przyjemniej nim szarpać niż xtrasami), teraz często w ręce mam kilka dysków, a na koniec szarpiemy się właśnie Kongiem. Myślę, że może on pomóc psom o miękkim pysku przekonać się do zabawy we frisbee, chociaż przyznam, że sprawdzi się tylko podczas szarpania – ciężko trzymać go w dłoni tak, żeby się nie wyginał i zachował swój pierwotny kształt – dlatego nie nadaje się do take‘ów – może wymuszać niefizjologiczne wygięcia szyi.

20150730-_MG_0079

Reasumując: duży minus stawiam za mylną nazwę zabawki. Nie nadaje się ona do rzucania, nie można traktować jej jako frisbee. Jej lot trudno przewidzieć, ciężko też być pewnym w jakim położeniu będzie próbował złapać ją pies, co może skończyć się kontuzją. Dużo bezpieczniej szarpać się nią w ramach nagrody, puszczać rollery, czy dać psom w nagrodę do zabawy – zyskujemy święty spokój, a większość psów jest zachwycona materiałem, elastycznością i zachowaniem się zabawki “w boju”.

Uważam, że jak najbardziej przyda się psom, które dopiero próbują zaprzyjaźnić się z ideą zabawy talerzykami, jak również właścicielom, którzy podczas nagradzania psów po udanej sekwencji łamią sobie paznokcie na dyskach (to pisałam ja, Małgorzata B., winna! :P). Kong Flyer Frisbee świetnie sprawdza się również jako szarpak – zabawka i pretekst do gonitw i integracji wśród stada psów.

Moje psy kochają Flyera, podczas wakacji zajechały wujka (najsłabsze ogniwo) niemal na śmierć, co chwilę przynosząc mu go i wciskając do ręki/rzucając pod nogi/kładąc na kolana. Nigdy nie przypuszczałam, że zwykły naleśnik potrafi tak rozochocić psy – gdy jest w pobliżu zabawom, memłaniu i przeciąganiu nie ma końca – a on wciąż pozostaje bez zmian!

Nie jest to zabawka, bez której psiarz się obyć nie może, raczej traktuję ją jako przyjemną ciekawostkę. Mimo dość wnikliwej analizy (dość długo podchodziłam do niej jak pies do jeża i testowałam w przeróżnych warunkach), w końcowym rozrachunku uważam, że jest godna uwagi. Moje psy są jak najbardziej na tak, a wakacje upłynęły nam pod znakiem czerwonego talerzyka 🙂

20150730-_MG_0126

Jeśli macie ochotę na tego krewnego Konga, to zapraszam tu.

Spodobało Ci się? Podziel się z innymi, będzie mi ekstramiło!
Share on FacebookGoogle+Pin on PinterestTweet about this on Twitter

39 komentarzy na temat “TEST: KONG flyer frisbee.

  1. Muszę się przyznać – mam plastikowe dyski z PEPCO i stalowe szczęki Sheali jeszcze im nie podołały. Są poodbarwiane i powgniatane, ale nie mają ani dziur ani pęknięć. Ogólnie ja zupełnie nie umiem rzucać i część dysków ginie w tajemniczych okolicznościach (np, jako ozdoba na świerku w ogródku sąsiada…), a że to cholerstwo jest leciusieńkie, to suka łaskawie nawet łapie floatery (znaczy coś, co ma nimi być). Ale i tak kupie kiedyś ze dwa prawdziwe – choćby po to, żeby zobaczyć, jak to wygląda 😛

    Myślę, że Kong i u nas byłby hitem – do chwytu a’la imadło należy mojej pannie doliczyć wrażliwość księżniczki na ziarnku grochu, więc nie na byle czym zaciśnie szczęki 🙂

    1. Uwaga na dyski z Pepco! Osobiście nie miałam w rękach, ale na frizbowej grupie bardzo krytycznie się o nich wypowiadają. Podobno są ordynarną podróbą Xtrasów, przy czym oprócz nadruku w niczym ich nie przypominają. Są twarde, nieprzewidywalne, mogą pękać i poranić pysk psa – może dlatego nie chce ich trzymać w pysku. Kup normalne, jeśli potrzebujesz dwóch, to to jest wydatek 20 złotych ( w najbardziej podstawowej wersji), a jesteś pewna, że suce nic się nie stanie 🙂

      1. Napisałam tylko, że nie wszystko lubi, akurat do tych dekli pała całkiem sporą sympatią – bo są leciutkie, a księżniczka brzydzi się wszystkim cięższym od długopisu.
        Też się ich bałam i nawet na poczatku nie miały być dla psa, tylko dla mnie, żebym sobie mogła porzucać i nie łkać, jak je diabli wezmą (zresztą, jeden już wzięły – odpłynął, drugi wykończyłam celowo, zostały nam dwa :P)- któregoś razu suka sama je wywlokła i tak się jakoś odważyłam. Albo trafiłam na jakąś dobra partię, albo nie wiem. Są bardzo giętkie – mogę je złożyć na pół i nie pękają (choć ten, który złozyłam wolałam wypierdzielić dla pewności – zbielał w miejscu złożenia). Do tego Sheala naprawde się z nimi nie pieści, a żaden nie ma nawet dziurki. Nie kupiłabym drugi raz i na bank pożegnam je, jak tylko zauważę uszkodzenie większe niż wgniecenie.

  2. Mam dwie zabawki udające frisbee, z tym, że spod szyldu Trixie – gumowe naleśniki, które fajnie nadają się do szarpania, ale na pewno nie do rzucania. Wygląda na to, że są bardzo podobne do tego dysku z Konga, z tym, że pewnie dwa razy tańsze. 😛

  3. Ja też mam jeden z tej firmy jakiej wrzuciłaś link w komentarzu 🙂
    I jeden z Anione, Terror go ubóstwia. Ale rzucać nie umiem, a pies nie umie łapać w locie, chyba że biegnie w moją stronę i rzucę mu tak na wprost niego :-p
    U nas zabawa frisbee to rollery, więc taki naleśnik chyba zdałby egzamin 🙂

  4. Potwierdzam – do rzucania się nie nadają. Za to do przeciągania jak najbardziej. Osobicie flayera nie mam, ale miałam z nim styczność i wywarł na mnie raczej dobre wrażenie. Szkoda jednak, że nie jest sztywniejszy.

  5. Miałam taki dla Kiby jak była szczeniaczkiem, lecz wersję puppy, która nie jest tak gruba jak piszesz, ale bardzo flaczkowata :D. Pewnie służyłaby nam do dziś, gdybym nie oddała innym psiakom :).

  6. Już od dłuższego czasu czaję się na tą zabawkę, licząc, że będzie to brakujące ogniwo, które pomoże nam w rozkręcaniu ogara przy dyskach. Niestety (albo stety 😛 ) zawsze trafiają się jakieś inne, ważniejsze wydatki. Ale przysięgam, że w końcu dorwę tego naleśnika! 😀

  7. Sądząc po tym, że czerwony bałwanek Konga został u nas rozpracowany na strzępy w ciągu 3 miesięcy, kongowy dysk mógłby odejść równie szybko, jesli zostałby zabawką na “zejdź mi z oczu”:(.

      1. Zamówiłam czarnego Extreme, zobaczymy, czy faktycznie będzie wytrzymalszy. Kto to słyszał, żeby pies poniżej 10 kg siał taką rozpierduchę w swoich zabawkach?

        1. Nasz Kong Classic też padł ofiarą Tosi ząbków po kilku miesiącach, tzn. nie tak całkiem, ale na samej górze jest pęknięcie i wystarczyłoby, że Tosia lekko ugryzłaby to miejsce i po Kongu. ;)Kupiłam Kong Extreme i na razie sprawdza się świetnie, żadnych śladów użytkowania. 🙂 Dodam może jeszcze, że Tosia ma niecałe 7kg… 😛

  8. Właśnie niedawno zastanawiałam się nad kupnem tego dysku, recenzja pojawiła się w samą porę! 😀 Za niecałe dwa tygodnie znowu jadę do sklepu, w którym chciałam go kupić i coraz bardziej się do tego przekonuję 😉
    Tosia nie przepada za frisbee, ogólnie bawiłyśmy się tylko malutkimi talerzykami, gumiakiem z Trixie i małym Nobby. Zdecydowanie Trixie wywołał u Tosi większy entuzjazm, ale w jej zachęcaniu do frisbee dużo błędów popełniłam ja – zamiast zacząć poznawać psa z dyskiem od zwykłego gumowego, zaczęłam od razu od plastikowego, w dodatku z dużą średnicą. 😛 Zastanawiam się, czy to “frisbee” z Konga przypadłoby do gustu Tośce, w sklepie widziałam też wersje papisiowe, są miększe, jeszcze bardziej niż Trixie. Sama nie wiem, czy pomógłby mi zachęcić Toś do zabawy dyskami, ale może warto spróbować. 🙂

    1. Na pewno zachęci do szarpania – aussie kochają się bawić nim w przeciąganie – tu na duży plus 🙂 Jeśli weźmiesz pod uwagę to, że raczej nie nadają się do rzucania, to myślę, że fajnie się sprawdzą 🙂

      1. O rzucanie jeszcze nie chodzi, chcę tylko zainteresować Tośkę dyskiem 😉 Ciężko ją przekonać do szarpania się czymś innym niż maskotkami, ale może akurat spodobałoby jej się szarpanie tym dyskiem, bo wydaje mi się, że jest nieco inny niż gumiak z Trixie 🙂

  9. Hmm… Chyba nie kupię. Zastanawiałam się właśnie, czy nadają się do rzucania, ale skoro nie… Do szarpania mam już gumiaka od Trixie.
    Jak fajnie, że Twoje psiny potrafią trzymać jedną zabawkę razem! U nas jest to nie do pomyślenia!
    Pozdrawiam
    8lap1ogon.blogspot.com

  10. wow, no po prostu WOW 😀 Jestem pod ogromnym wrażeniem strony po przeprowadzce – spóźnione, ale szczere gratulacje :))) Przefenomenalnie to wszystko wygląda, a baner na górze z rysunkiem genialny 😀 Jestem bardzo ciekawa jak to wszystko wyglądało od strony technicznej, sama chętnie przeniosłabym się na swoje, ale nawet nie wiem jak się za to zabrać (no i czy mnie stać:P).
    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

    1. Aj bardzo bardzo Ci dziękuję! <3 Chętnie bym Ci pomogła, ale strona i wszystko z nią związane była prezentem urodzinowym od rodziny 🙂 Dlatego ciężko mi opowiedzieć co i jak 🙁

      Zbieram się powoli do reaktywacji wnętrzarskiej części bloga, bo leży odłogiem kilka notek, a wciąż nie mogę ich dokończyć:)

  11. Fajna alternatywa do szarpania, bo po ostatniej zabawie ze zwykłym dyskiem miałam całe palce pozdzierane od plastikowych rowków 😛 Może to gumowe będą bardziej litościwe 🙂
    A dżentelmen Baloo na pewno nie przeklinał tylko krzyczał na siostrę, że dysk jest tylko i wyłącznie jego 😀

  12. U nas niestety dysk pełni formę tylko aportu ( z ziemi ), ale mamy już sporo Kongowych rzeczy i jestem z nich strasznie zadowolona, dlatego gdyby Lacky polubił dyski i łapał je w powietrzu, to pewnie ta zabawka szybko by u nas zagościła.:)

  13. Widziałam tego Konga nie raz w sklepach internetowych i nie przykuł jakoś specjalnie mojej uwagi, ale po przeczytaniu tego, zabawka wydaje się być naprawdę fajna :). Mamy gumiaka od trixie i ze względu na jego naleśnikowatość, ciężko rzuca się rollery 😛
    Pozdrawiamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *