“Mój pies mnie wkurza!” – jak radzę sobie z frustracją podczas szkoleń.

_MG_0546

Oczywiście, pieski są kochane. Miziane, tulane, skarmiane pod stołem, noszone na rąsiach. Często właściciele wręcz wybielają przywary swoich czworonogów (ja pewnie również Wam przedstawiam nieco zakrzywiony pogląd na moich wychowanków, ale tak działa miłość). Ważne w szkoleniu jednak jest zachowanie balansu (ach, te obidjensy, zawsze w głowie!).

Balans to takie trudne słowo. Nasz zespół to tak naprawdę same zmienne, mało stałych. Dużo zależy od przewodnika – z jakim nastawieniem wziął się do pracy, czy potrafi pozostawić problemy dnia codziennego za sobą. Psu też musi się chcieć. Czasem wchodzę na plac z jednym psem i po pierwszych kilku chwilach wiem, że dziś jest zwarcie w mózgu, i, excusez le mot, z gówna bata nie ukręcisz. Czasem ćwiczenia, które wychodziły na milion procent sypią się tak, że nic tylko wrócić do środka, napić się herbaty z prądem i wrócić do domu.  takich chwilach przydaje się…drugi pies na zmianę (pod warunkiem, że praca z nim nie okaże się gwoździem do trumny!). A jeśli drugi pies nie pomoże, to co?

ODZIELNIK

Najpierw zapraszam Was na litanię rzeczy, które na maksa mnie irytują, ot tak, abyście mieli prawidłowy ogląd sytuacji.

Ruby, w latach swojej świetności wydawała z siebie ten oto dźwięk, gdy była maksymalnie podniecona, pobudzona i odmóżdżona. W każdym momencie, w którym pies za płotem na nią szczekał, jak jej nie pozwalałam wyjść razem ze mną do listonosza, jak zamykałam ją w klatce…odzywała się w ten sposób dość często. Dźwięk ów powodował, że skóra płatami odchodziła mi od mięśni, a szkliwo pękało w zębach. Jestem hm, dość temperamentna, więc pierwszym impulsem dla mnie było dorwać i zabić, uczynić wszystko, żeby przestał mi się wwiercać  w czaszkę. Z przyczyn oczywistych nie robiłam tego, tylko zaciskałam zęby (biedne moje szkliwo, doprawdy) brałam za fraki* odchodziłam, sadzałam, oddychałam.

Do furii również doprowadzało mnie Balowe memłanie suczych sików. Nienawidzę tego u samców, nie będę tolerować, a że jest to rzecz dość wrodzona, to musiałam dobitnie, acz delikatnie dać mu do zrozumienia, że to źle wpływa na naszą relację. Siłą rzeczy jednak o Baloo będzie tu bardzo mało, bo dla niego wystarczy moja zirytowana mina, a już jego świat się rozpada na milion małych kawałków, słońce zachodzi a wilki smutno wyją w oddali.

Ruby również bardzo na luzie podchodziła do przywołania, jeśli miała coś pysznego (zepsuty ziemniak, worek ze śmieciami w polach, martwe zwierzę) w pysku. Hasała po chmurce, nie dała się złapać i spieprzała kicając po tęczy, a ja maszerowałam za nią z pianą na pysku i płynnie przeklinałam pięć pokoleń wstecz. Jasną sprawą jest to, że w takiej sytuacji uganianie się za psem jest totalnie bezcelowe, najlepiej zainwestować w linkę. Ale JAK nie zabić psa, który przed chwilą radośnie miał cię pod ogonem – tego musiałam się nauczyć.

Podobnież Ru uważała, że gonić zwierzątka jest zdrowo i wtedy słuchać tudzież zarówno nie trzeba.

Balu z kolei uważa, że podczas przywitania zawsze trzeba drzeć ryja jak opętany. Człowiek w takiej sytuacji robi się jak rozdarta sosna – z jednej strony, no niech syn się cieszy, ale dlaczemu nie może tego robić w ciszy?

Nie wiem też, czy widzieliście jak oziki się bawią. Wygląda to mniej więcej tak (proszę oglądać od momentu 1:53):

Także jeśli człowiek łaknie świętego spokoju i kontemplacji na spacerze musi zaprowadzić względny spokój nie wychodząc z nerw.

ODZIELNIK

Uff, upuściłam trochę jadu, zapraszam teraz Szanownych Czytelników do meritum. Oto moje sposoby na uspokojenie się błyskawiczne.

ETAP 1:  “Chyba sobie jaja robisz!” – czyli lekko zirytowałam się, ale jeszcze zachowuję spokój psychiczny. 

Unieruchamiam psa (najczęściej “leż”), mam poważny ton, zimny wzrok. Uspokajać się wewnętrznie nie muszę.

ETAP 2: “”Czy ja mówię po arabsku?”  – tu już powoli puszczają mi nerwy. Jak działam?

  1. Zamykam oczy, na chwilkę, oddycham spokojnie, nie patrzę na psa.
  2. Zamykam oczy, i wyobrażam sobie ten obrazek (serio, pomaga mi też, kiedy nie mogę zasnąć) : 
  3. Po chwili staram się odejść/uniknąć stresowego miejsca, odchodzę.

ETAP 3: “Umrzyj. Po prostu umrzyj” – uuu tu już robi się niebezpiecznie. Balu widząc mnie w takim stanie przyjmuje postawę, która niezmiennie mnie rozczula – wygląda jak pełną gębą pracujący pies pasterski – biegnie truchcikiem metr przede mną, uszy ma zwinięte wzdłuż czaszki, ogon opuszczony, odgięty na wysokości stawów skokowych. To znaczy “sorasy, popacz jaki jestem grzeczny, już się nie irytuj“. Ruby na tym etapie jeszcze się nie przejmuje zbytnio.

  1. Na tym etapie próbuję już wszystkiego. Oddycham, wyobrażam sobie rozwijającą się kulkę papieru. Niestety mój  temperament rzadko kiedy uważa, że to wystarczy, więc…
  2. Podskakuję, przeklnę, rzucam smyczą (nigdy w psa, najczęściej w ziemię, tuż obok, mocno się zamachuję, całą energię w to wkładam). Kopię kamień.  Brzmi jak z poradnika”Jak nauczyć pięciolatka radzić sobie ze złością“, ale cóż, działa.

ETAP 4: “Zejdź. Mi. Z. Oczu” – to jest poziom, w którym nie chcielibyście mnie spotkać. Ciskam gromy z oczu, jeśli na mnie spojrzycie, to spłoniecie żywym ogniem. Gdy idę, kwiaty więdną, a ziemia pokrywa się wiecznym lodem.

  1. Przede wszystkim muszę na chwilę odejść od psów. Psy po prostu kładę (abo każę im od siebie odejść) i każę im czekać. Odchodzę. Na pięć, dziesięć, piętnaście metrów. Robię co muszę – na tym etapie nie krzyczę, nie przeklinam, nie tupię. To jest etap zimnej furii.
  2. Najczęściej siadam, oddycham i od razu staram się robić bilans strat i zysków. Dlaczego tak się stało, która strona popełniła błąd, jak to naprawić.
  3. Potem wracam, zwalniam psy. Najczęściej nie jestem w stanie z nimi gadać, więc w milczeniu idziemy. Na tym etapie nawet Ru porusza się jak Baloo. Wracam do domu i najczęściej dzielę się problemem z mężem, Wami, trenerem, piszę w dzienniczku treningowym.
  4. Chwilę zajmuje mi odnalezienie plusów i zorientowanie się, czy kiedyś było jeszcze gorzej, czy mimo wszystko udało nam się wygrzebać, coś przepracować i w skali “jak było”, to drobne załamanie.

ODZIELNIK

To by było na tyle. Nie jest tego dużo, bo wciąż uczę się panować nad porażkami. Jestem pod tym względem trudna do okiełznania, więc jest to duże przedsięwzięcie.  Ciekawa jestem jak u Was? Jak sobie radzicie, co Was najbardziej irytuje?

*Z których, notabene, artystka z lubością się wyślizgiwała i często zostawałam z głupią miną i obrożą w ręce, a panienka dalej skakała i ujadała na psa. W efekcie sucz na początku chodziła w szelkach “na balerona” czyli ściśnięta na maksa w klatce piersiowej.

45 komentarzy na temat ““Mój pies mnie wkurza!” – jak radzę sobie z frustracją podczas szkoleń.

  1. Prawdziwe, tak bardzo prawdziwe. 🙂 Czasami po prostu trzeba zderzyć się ze ścianą. Bywają dni, kiedy Odi zachowuje się podczas spacerów jak doskonale wyszkolony pies, który reaguje nawet na najlżejsze skinienie mojej głowy. Ale bywa też tak, że w jej głowie przestawia się jakiś trybik i zaczyna się męczarnia. Przywołanie? Jakie przywołanie?! Nie przyjdę za żadne skarby. Drugim problemem jest zapieranie się. Niczego się nie boi, nic jej jakoś specjalnie nie interesuje – momentami wrasta w ziemię i po prostu nie chce iść dalej. To mnie chyba irytuje najbardziej, ale doskonale wiem, że to czy sobie z tym poradzimy, jest zależne tylko ode mnie. Dlatego też cierpliwie szukam sposobów na te przejawy buntu. 🙂 Trzymam kciuki i oddychaj głęboko! 🙂 Takie klimaty są wpisane w każdą relację. Nie tylko z psem. 🙂

  2. O rajusiu… Nie jestem sama! Moja też tak drze mordę w momentach stresu. Ludzie sie za nami na ulicy oglądają, bo myślą że ją smagam rózgami z hakownicami. Jak sobie z tym poradziłaś? Mów zaraz a moje uwielbienie do Cię osiągnie level: High!

    1. Znam to spojrzenie, czasem martwię się, czy sąsiedzi mnie do TOZ-u nie pozwą 🙂

      Przede wszystkim uczyłam ją, co się opłaca co nie. Staram się pokazać, że nawet w sytuacji maks pobudzenia zdecydowanie warto zwrócić się ku mnie (i na początku powodowałam, że bardzo nie warto było robić to co ona robi, czyli wyrywać się z obroży, gryźć na oślep, odpychać łapami, wrzeszczeć).

      Teraz doskonale wie, że ten dźwięk wzbudza we mnie bardzo brzydkie uczucia, i kończy całą imprezę (najczęściej dział się tuż przy domu, więc natychmiast zawracała i kończyła spacer/ zostawała unieruchomiona dopóki się nie uspokoiła, nie pozwoliłam się jej bez sensu nakręcać), więc już nie pamiętam kiedy słyszałam go po raz ostatni. Ale to była długa droga, ponad pół roku pracy (wręcz walki i próby sił).

      1. Perspektywa TOZu tez mi migoce. Albo lecącego z okna celnego ziemniaka. Miedzy blokami pięknie sie niesie.
        U nas unieruchomienie nie działa. Może podłoża wrzasków sa inne i dlatego. Pracujemy pilnie i wypatruje tesknie i wiosny i efektów 😊

  3. Wielkie dzięki Ci za ten post! Dobrze wiedzieć, że inni też borykają się z frustracją, kiedy pies nie chce współpracować – już myślałam, że ze mną jest coś nie tak 😉 Teoretycznie zdaję sobie sprawę z tego, że jako przewodnik powinnam być zawsze spokojna i opanowana, ale w praktyce bardzo łatwo wyprowadzić mnie z równowagi (tyczy się to z resztą każdej sfery życia, nie tylko tej związanej z psem). Kiedy coś mi nie wychodzi w szkoleniu Gromita, tłumaczę sobie, że mam przecież do czynienia z żywą istotą, która miewa swoje lepsze i gorsze dni, w dodatku posłuszeństwo nie należy do najmocniejszych stron buldogów. Mimo to, moje negatywne emocje często biorą górę i wciąż muszę uczyć się nad nimi panować – może któryś z Twoich sposobów mi pomoże 🙂

    1. Podczas treningów bardzo mało się frustruję, bo to jednak praca, którą pies wykonuje dla mnie, moje widzimisię, więc staram się nie walczyć czy zajeżdżać psów, bo to ma być obopólna przyjemność. Natomiast jeśli chodzi o życie codziennie i rzeczy, które tłuczemy od przybycia zwierza do mnie…oooo tu nie ma taryfy ulgowej, to traktuje jako wychowanie i szacunek do zdania przewodnika 🙂

  4. Jaki życiowy wpis!
    Skąd ja to znam, chociaż powodów do irytacji mam już coraz mniej (pieski mi się starzeją, ot co), ale ujadaczka u Miczelskiego i miotanie oraz lizanie szczyn u Poczwara doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Ale jest mi o tyle łatwiej, że z natury jestem dosyć spokojna i szybko wracam do normy, więc zazwyczaj kilka(naście) minut podrę japę i jest mi lepiej 🙂
    Za to w domu, podczas sesji szkoleniowych (przeklęte kształtowanie), kiedy głębokie oddechy już nie pomagają, po prostu daję sobie spokój, żeby siebie bardziej nie wku… ani psa nie udusić.

    1. Hm, to ja też tak mam że kilka minut podrę japę i jest spokój i nie uważam się za spokojną 😀 Dla mnie wzorem spokoju jest mój małżonek, którego znam lat prawie 6, i jeszcze NIGDY nie słyszałam jak podnosi głos (a mieszkamy razem od 4 lat:P) ostatnio usłyszałam pierwszy raz z jego ust panienkę, i to tylko w cytacie 😀

      1. W takim razie cofam to, w porównaniu do Twojego męża jestem choleryczką 😀 Zwłaszcza, jeśli chodzi o przeklinanie, strasznie nieładnie się odzywam w emocjach (nie zawsze tych złych, co gorsza!)

  5. Z całym szacunkiem, ale nie ma nic lepszego nad zgniłego ziemniaka i martwe zwierzę. Zwłaszcza w połączeniu. Zresztą jak pies się tyle nasłucha przy stole, jak ludzie mówią: “ziemniaczki możesz zostawić, ale mięsko zjedz”, to siłą rzeczy wie, że nawet jak zgniłe ziemniaczki może zostawić, to martw mięsko musi zjeść.

    1. Hm, masz rację Janino. Sposób, w jaki mi wyłożyłaś rację zmienił nieco mój tok myślenia. Hm, hm, muszę przewartościować sobie WSZYSTKO! Od dziś mój świat nie będzie taki sam 🙁

  6. Mnie najbardziej wkurza jak Piano liże z nudów podłogę (na ten odgłos mam ochotę przebić paznokciami dłonie na wylot) i jak stoi na środku kuchni, bezczelnie gapiąc się na przygotowywane jedzenie, zagracając całkowicie przejście, podczas gdy ślina cieknie mu z paszczy niczym z kranu. Kiedy chce się go przegonić robi minę smutnego, bezdomnego pieska, który nie jadł od tygodnia i idzie do siebie, żeby za minutę wrócić i robić to samo. Grrr. ALE na ostatnim spacerze chciałam pęc z dumy, bo Pianko odwołał się najpiękniej jak potrafił od uroczej, luzem biegajacej blond piękności- Chelsi (spanielki).
    Pozdrowienia!

  7. Molly też ma takie dni, kiedy wykonuje wszystko perfekcyjnie, stara się, a czasami to po prostu “krew człowieka zalewa” jak zamiast po proś kładzie się na plecach. 😀 Nie jestem osobą cierpliwą, ale czasami staram się opanować, aczkolwiek nie zawsze da się to zrobić. 😉

    Przepraszamy, że tak dawno Was nie komentowałyśmy, jednak miałam bardzo mało czasu. Nie zapomniałyśmy o Was i mam nadzieję, że częściej będziemy do Was wpadać.:)
    Pozdrawiamy!
    http://codziennebeagle.blogspot.com/

    Weronika&Molly ♥

  8. To może w kontekście tracenia sił i nerwów napiszę o moim przypadku. Od razu zaznaczę, że będę wdzięczna za jakiekolwiek rady! Otóż, mieszkam w bloku i mam dwa psy. Jeden jest u mnie od małego, drugi – sunia, został przygarnięty z ulicy. Problem w tym, że jest to bardzo szczekliwa sunia, której szczekanie dodatkowo pobudza drugiego psa. Dźwięk telefonu, dzwonka do drzwi, jakichś odgłosów z klatki schodowej powoduje u nas w mieszkaniu straszny jazgot. Nie istnieją wtedy zabawki, przysmaki, nic. Psy się tak nakręcają, że wygląda to tak jakby były w amoku. Dziki wrzask wwiercający się w mózg to mało powiedziane. Co robić? Zupełnie nie mam już pomysłów. Dodam, że używałam również feromonów psich. Jak można się domyślić – bez skutku 🙁 Pozdrawiam!

    1. Jako, że aussie to dość szczekliwa rasa też miałam z tym mega problem. Ale jakoś udało mi się zwalczyć ten problem. Ciężko doradzić nie widząc sytuacji, ale ja wprowadziłam dość czytelne sygnały, które świadczą o tym, że już mi się kończy cierpliwość i zaraz będę wyciągała konsekwencje.
      U mnie był to łańuch – najpierw ostrzegawcze “ej!”, a jeśli to nie spowodowało, że psy się doprowadziły do porządku, mówiłam “UPS” i jeden pies wylatywał do klatki, drugi do łazienki dopóki się nie uspokoją.
      Na początku spróbowałabym przekierowywać uwagę na coś, co jeszcze większym bodźcem dla nich będzie – może jakaś zabawka z piszczałką?

  9. Mój najlepsiejszy sposób to bieg – taka seteczka i złość ucieka 🙂
    My właśnie mamy problemy z przywołaniem – smycz przypięta i puszczona, linka ? Oki jestem grzecznym piesełkiem. Ale tylko mnie spuść to zgodnie z humorem każdy napotkany pies będzie obwąchany lub olany.
    Nadal nie możemy dojść do porozumienia z prawidłową odległością: dla psa to 7-10 m dla mnie zdecydowanie 5-6 max.
    Oczywiście już o braku skupienia nie wspomnę, oraz humorkach jak baba w ciąży 😀

  10. To się nazywa brak cierpliwości… niestety pod tym względem i ja cierpię. Czasami krzyczę, mówię ku*** co za pier****** świat i przechodzi. Tak, jedenastoletnia dzieczyna przeklina 🙂 😛

    1. O nieprawda, ja mam dużo cierpliwości, ba, coraz więcej. Jest tylko kilka momentów, w których mi puszczają nerwy i naprawdę dziewczyna musi się napracować żeby mnie zgrzać 😛

  11. “Podskakuję, przeklnę, rzucam smyczą” – haha, no przy borderze byś sobie nie mogła na to pozwolić 😛
    Co do sików to Damon wie, że mu nie wolno i kuszą go tylko te nowych panienek. Jednak co spryciarz sobie wymyślił? Jak znajdzie bardzo interesujące siki to w tym miejscu zaczyna robić kupę, równocześnie je liżąc, bo skurczybyk wie, że nie będę się na niego złościć podczas wypróżniania się… Czasami jego inteligencja napawa mnie strachem 😛

    1. Niekoniecznie 🙂 Muszę się hamować przy Baloo, bo on jest bardzo miękki i strasznie to przeżywa, więc takich akcji mu nie robię, bo wiem, że bardzo się przejmie.
      Ru mogłabym yebnąć o ziemię i wstałaby dalej w wyśmienitym humorze 😛

      Baloo z kolei robi inny myk – niucha, liże, po czym nie memła, tylko wyłupia oczy i na mnie patrzy…i mu ta ślina bokami…fuj, po prostu aż mnie ciarki przechodzą jak o tym myślę :/

  12. Rozumiem Cię aż za dobrze. Z S. jest ten problem, że łatwo ją zgasić i przestraszyć, ale niełatwo wybić z niepożądanego zachowania. Wprawdzie to konkretnie mamy już nieźle zrobione, ale z żarciem z ziemi było tak, że pies na moje “nie!” lepił uszy do czaszki, kulił się do rozmiaru szczura, patrzył błędnym wzrokiem i wpieprzaaał! Wpieprzał aż się dławił, gotów posikać się pod siebie, bo pani wkurzona, ale żreć trzeba . A schronisko z którego ja brałam raczej daje żeru za dużo niż za mało, więc to było po prostu “pyszne, jakie pyszne, trza żreć póki jest” niż “przetrwanie!”
    Ogólnie, to S. jest wspaniała, ale mam wrażenie, że ze mną lżej miałby beton emocjonalny, bo nawet jak głosem czy ruchem nie daję poznać, że się wkuropatwiłam, to chemia organizmu pracuje i suka to wyczuwa. A, że ze stanu “kwiatuszki, słoneczko i kocham cię świecie” do stanu “dajcie kogoś do zaje*” przechodzę w ułamku sekundy, to lekko nie jest 😛

    1. Boże cudowny opis <3 U mnie Baloo jest bardzo miękki i nastawiony na mój nastrój, więc u niego twardszy wzrok I "ojjjj" albo "no co ty robisz!" powoduje załamanie się świata, bardzo muszę z nim ostrożnie pracować 🙂

      Ru z kolei to taki beton właśnie, yebnę nią o ziemię, a ona fuka dalej, puszczę, a ta sobie radośnie kica na tęczy. Wciąż szukam mniej hardcorowego sposobu korygowania jej, pracuję nad zimnym, cichym tonem, który powoduje, że Ru się przejmuje.

  13. Wychodzi na to, że jesteś większą choleryczką ode mnie, bo ja chyba w walce z moimi psami na takie poziomy furii nie dochodzę – a jak dochodzę to staram się jak najszybciej skończyć spacer, żeby móc zaszyć się pod kołdrą i spokojnie wypromieniować z siebie całą agresję i nienawiść. 😛

  14. U mnie najczęściej dochodzi od razu do 4 etapu, bo ja Emet już coś robi źle to wkładając w to całą swą energię ;D.
    Oj często mnie doprowadza do szału…ale to bardziej takie rozmyślanie o czasie, który przeminął, a który niewiele wniósł do jego wybryków, oczywiście mam na myśli jego ucieczki. Cóż, można pracować dalej i mieć niekończącą się nadzieję ;). Albo odpuścić- u mnie to nie wchodzi w grę.

  15. Hahahahahahah!!!
    Całe życie myślałam, że jestem nerwowa, nadpobudliwa i mam problemy z radzeniem sobie, z emocjami. Otóż nie, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że przy Tobie jestem oceanem spokoju 😀

    Ale dobre rady zapamiętam, u mnie wyrzucenie z siebie złości to zwykle rzucanie przedmiotami, które są pod ręką i wymienianie kilkukrotnie całego słownika łaciny podwórkowej.
    PS. Jeśli Ru faktycznie wydaje z siebie takie dźwięki, jak ten w linku, to wcale Ci się nie dziwię, że jesteś w stanie wyjść z siebie i stanąć obok 😀
    Wytrzymałam kilkanaście sekund tego filmiku i już miałam dość! 😀

    1. Ja mam dość wygórowane wymagania względem zachowania psa w otoczeniu, reakcji na moje polecenia i generalnego ogarnięcia życiowego 🙂 Etap IV osiągam może raz na pół roku, więc spokojnie 🙂

  16. Tak mi trochę raźniej po przeczytaniu Twojego wpisu 😉
    Z przywołaniem nigdy nie mieliśmy problemu, z posłuszeństwem też nie, ani ze zbyt miękką psychiką. Tylko te pieski w około! “Piesek! Piesek! Muszę go poznać! Piesek! Co ja miałem? A, nie ciągnąć i nie fruwać na smyczy. Piesek! Piesek!”
    A ciamkania szczochów nienawidzę, no nienawidzę. Zwłaszcza, że potem w domu dostaję strzała jęzorem w twarz w najmniej oczekiwanych momentach.
    U nas działa niskie i długie “ooooojjjjjj” albo głośne wciąganie powietrza (tudzież zapowietrzanie się w niedowierzaniu). W ekstremalnych momentach leci smycz lub klucze – zawsze perfekcyjnie celuję w psa, nigdy jeszcze niestety nie trafiłam.

  17. Po nie udanym treningu, spacerze zaciskam zęby, “oddzielam się” od psa i zaczynam ryczeć, płakać. Ze zdenerwowania same łzy cisną mi się do oczu. Potem następuje “kończę z tym, pies i tak mnie nie kocha”. Taki stan depresyjny potrafi się mnie trzymać nawet tydzień. Potem stwierdzam, że może jednak jest jakaś nadzieja w tym psie i powracamy do pracy. Nie wyzywam się na psie, bardziej na samej sobie, niby dobrze, ale jednak nie za dobrze 😛

  18. Mnie niektrudno zirytować, ale zawsze staram się zachować względny spokój tak długo, jak to jest tylko możliwe. Wkurzają mnie ludzie znani mi i nieznani, zjawiska, urządzenia, przedmioty codziennego użytku, nawet sama siebie często wkurzam… Ale żeby Moro mnie wkurzył – tu już się musi stać coś poważnego. Psiątko mam baaardzo wrażliwe i jedno zbyt naładowane emocjonalnie krzyknięcie może mi zgasić psa na następne kilka dni, wszelkie rękoczyny zabronione, a dłuższy opierdziel w sytuacjach wyjątkowo wyjątkowych. Zazwyczaj, jeśli mnie wkurzy, to tak na maksa. On chyba potrafi być tylko super-słodkim synusiem i wredną, ignorującą mnie mendą… Nic pomiędzy 😛 Zazwyczaj okazuje tą swoją bardziej pozytywną stronę, ale zdarzają się sytuacje… kiedy mam ochotę go udusić. Łapy z tej umięśnionej doopki powyrywać. Powiesić na uszy na balkonie. No nie wiem – skrzywdzić po prostu. Są to sytuacje, kiedy mnie moje rude olewa – kiedy spieprzy za kotem (problem powrócił po ponad dwóch latach :c), nie przyjdzie na zawołanie, bo “nie słyszy” albo po prostu swierdzi, że przynudzam i mogę sama sobie siedzieć, bo TAM są pieski/mikroczłowieczki/wiewiórki/żarcie/piaskownica… Dla mnie wszelkie psie dźwięki są fajne po prostu, bo M nie odzywał się do trzeciego roku życia praktycznie. Co do straty mózgu – to jest dla mnie SUKCES. Całe jego życie (i połowę swojego :p) walczyłam o to, żeby zaangażował się w cokolwiek, więc teraz położenie zbyt pobudzonego psa mi nie robi 😉
    Z problemem olewania mojej osoby walczymy, wprowadziłam dwa sygnały na przywołanie i dwa na trzymanie się blisko mnie. Dodatkowo staram się na każdym spacerze zrobić coś nieoczekiwanego, żeby Moro zwracał na mnie jeszcze większą uwagę. Skończył się czas pisania SMS-ów na spacerze 😉
    Dzięki za post, zwłaszcza za ten obrazek! Jest świetny, momentalny chill po prostu 😀
    Pozdrawiamy!

    1. Ja na synusia tak krzyknąć nie mogę, bo to go bardzo zgasi i niepotrzebnie zmartwi. Tego typu armaty stosuję tylko w stosunku do Ru, bo Balu by się za bardzo zgasił. Wszystko zależy od charakteru psa, o czym zapomniałam wspomnieć oczywiście. 🙂

  19. O! Wpis dla mnie 😀 No to lecimy.

    Pies pierwszy. Memłanie. Memłanie posłania, na którym 547 dni temu leżało coś do jedzenia. Memłanie własnych członków ciała, zwłaszcza tych mniej eleganckich partii. Memłanie moich członków ciała, zwłaszcza nakremowanych rąk czy nóg. Memłanie własnej miski przez godzinę po zjedzeniu, turlanie nią po całym pokoju, bo NA PEWNO coś tam jeszcze urośnie. Wpychanie sobie do gęby np. całej szyi indyczej z wybałuszeniem gał i miną POMOCY po czym zrzyganie tego na dywan/łóżko/gdziekolwiek, byle nie na własny kocyk do jedzenia. Wpierdaczanie się na łóżka (największe propsy za pościel) w stanie totalnego usyfienia pospacerowego z miną NOCO. Szukanie i konsumpcja g… pochodzenia menelskiego. Obsesja na punkcie jedzenia. Każdego (niejeden człek byłby wielce zdziwiony, co znajduje się w kategorii “jedzenie” wg Zu – plus – ta menda potrafi udawać, że wcale nie je czegoś-tam w krzakach, perfidnie odwracając się pod kątem ofutrzoną dupą i zasłaniając znalezisko, że niby sobie wącha tylko). Brak socjalu – “matka jest tylko jedna, ale czy pan przypadkiem nie ma kiełbasy w kieszeni?” tudzież “OK, mogę to zrobić, ale zapłata ma być godziwa!”. Nadwrażliwość dźwiękowa (aaaale tu mamy minimalne sukcesy przy lekkim ziołowym wspomaganiu – ha!), nadwrażliwość ogólna na punkcie swojej psioosoby, darcie ryja bez sensu… Miotanie się jak dżdżownica na patelni przy zabiegach u weta…

    Co robię? Nad niektórymi rzeczami pracuję, niektóre przyszło mi zaakceptować i tak manewrować środowiskiem, żeby zminimalizować ryzyko. Czasem od serca wydrę mordę, po czym Zu albo robi heheszki albo (zależnie od nastroju, pogody, fazy księżyca, who knows) robi glizdę i mam spokój przez dłuższy czas z pomysłami dziwnymi.

    Pies drugi – hohoho! Tu lista mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, ale na naszą korzyść działa czas i regularna praca, niemniej jednak… Obsesja ornitologiczna. Przez którą ostatnio sraka była na gigancie przez dwie godziny a ja nieomal nie zabiłam jej wyprowadzacza, a prywatnie mojego TŻta 😀 Obsesja łowcza ogólnie – sajonara, matko, tam widziałam jakieś zwierzątko. Czasem się zastanawiam, czy nie jest to sprzężone z mocnym popędem łupu (który akurat uwielbiam u psów i trzeba przyznać, że Raven wychodzi z założenia, że choćby skały srały – ona dorwie zabawkę/piłkę/szarpak i nie ma, że nie). Totalny brak wrażliwości na presję i awersję jako pacholę – jak sobie przypomnę, co jej wtedy robiłam, żeby na nią wpłynąć, żeby coś przerwać, zniechęcić do jakiegoś zachowania… gdyby ktoś to nakręcił, byłabym gwiazdą internetów! Stróżowanie – powoli wygasa, w niektórych okolicznościach jest bardziej nasilone, w innych mniej, ale podejrzewam, że do końca jej życia będziemy walczyć z tendencją do MATKO, INTRUZ! NICNIEBÓJ, JACIEŁOBRONIE! Totalny brak wyczucia, jeśli chodzi o kontakty fizyczne na linii pies-człowiek – jeśli jakiś pies jest w stanie wskoczyć na łóżko z rana i wbić Ci się w organy wewnętrzne w taki sposób, że zrobi Ci się niedobrze i staną Ci świeczki w oczach – wiedz, że to Raven. Zu po prostu jęczy, że nikt jej nie wita z okazji nowego dnia i merda ogonkiem. Chamowatość w stosunku do innych psów – niestety, młoda ma braki jeśli chodzi o kompetencje społeczne. Chociaż jak się tak zastanowić, Zu w ogóle nie posiada kompetencji społecznych, najchętniej doprowadziłaby do zagłady własnego gatunku z wyłączeniem swojej królewskiej osoby.

    Co robię? Czasem się śmieję, czasem zbiera mi się na płacz i rwanie włosów z głowy, czasem czuję jak przybywa mi siwych włosów (vide gigant), czasem mam niezłą zagwozdkę jak coś odkręcić, czasem codzienna, mozolna praca przynosi zaskakujące efekty odsunięte w czasie, czasem stosuję rynsztokową litanię łacińską, po której pies z miną “huehuehue, mówiłaś coś?” wraca galopkiem do mamy, jak gdyby nigdy nic, czasem stosuję środki przymusu bezpośredniego, gdy nic innego nie działa… Czasem mam ochotę wysłać ją paczką na księżyc.

    Ale w zasadzie, nie zamieniłabym tych gałganów na żadne inne – kto by mnie wtedy nauczył tego wszystkiego, czego przy nich dowiedziałam się o psach? 😉

    1. Jacie dzięki za taki opis! 🙂 Jesteś miszczem! Uwielbiam Twoje teksty i niezależnie zawsze micha mi się cieszy jak Ciebie czytam, naprawdę dzięki!

      Ru ma wiele wspólnego z Zu – przede wszystkim, główną zasadą jest “lepiej zjeść i zwymiotować, niż by miało się zmarnować”. A powszechnie wiadomo, że jedzenie zjedzone i wyrzygane ponownie nie dość, że jest podgrzane, to jeszcze pies dwa razy tyle się naje 😀 Na szczęście Ru jest owczarkiem, więc trochę bardziej niż w ogóle (:P) ma wizję robienia z człowiekiem, choć trening z nią vs z Balem wygląda jak chodzenie boso po szkle vs jeżdżenie na rolkach po asfalcie – niby czynność ta sama, ale komfort zupełnie różny 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *