Zdjęcie dzięki uprzejmości Bohunów.
Myślę, że sedna tej psiej aktywności przedstawiać Wam nie trzeba 🙂 W skrócie to marsz/bieg (w zależności od predyspozycji piechura) na orientację. Bohuny z Bohun pies tak skutecznie zachęcają na blogu do tego rodzaju wypoczynku, że gdy zobaczyłam, że praktycznie tuż pod domem rozgrywa się taka impreza doszłam do wniosku, że czas spróbować czegoś nowego. Poza tym wyszłam z założenia, że będzie to kolejny etap socjalizacji Ru z trudnymi, emocjonującymi sytuacjami. No i Pan Mąż poznawszy ideę całej imprezy tak zapalił się do projektu, że w mojej duszyczce zakiełkowała nadzieja, że może okaże się to naszym wspólnym czasem spędzonym z pieskami. Jesteście ciekawi jak nam się spodobało? Zaczynamy!
Dzień wcześniej przygotowałam wszystkie rzeczy, które miały nam się przydać podczas zawodów. Wspierałam się przede wszystkim na świetnej notce Bohunów, co chwilę zerkając nerwowo na rozpiskę na stronie dogtrekking.com.pl. Przygotowałam buty, apteczkę, żółtko dla piesków, książeczki zdrowia, szelki, kurtki przeciwdeszczowe (których summa summarum i tak nie użyłam), oraz miliard zdrowych batoników (których nawet nie miałam ochoty zjeść). Tak przygotowani nastawiliśmy budziki na 6:30 i pełni nadziei wyczekiwaliśmy nowego, lepszego jutra.
Poranek okazał się być bardzo ładny – słoneczny i radosny. O pogańskiej porze nie jestem w stanie przyswajać żadnych pokarmów, więc tylko wypiliśmy kawusię i ruszyliśmy w trasę. Podróż minęłaby niczym trzaśnięcie bicza, gdyby nie kłody i głazy rzucane nam pod nogi. Droga, która miała być prosta jak włos Mongoła i doprowadzić nas raźno i szybciutko do upragnionego celu okazała się zamknięta, a przemiła pani z GPSu zaproponowała nam wycieczkę turystyczno – krajoznawczą po okolicznych bezdrożach, na których prócz szaraków i pierwszych skowronków nie czekało nas nic. Pierwszy marsz na orientację – zaliczony!

Jestem tak skonstruowana, że spóźniać się nienawidzę i zawsze okropnie martwi mnie fakt, że gdzieś trzeba będzie się wślizgiwać na ostatniego. Nie inaczej było tym razem – ja zagryzałam wargi i siedziałam na dłoniach oraz swoim przydługim jęzorze, aby nie irytować Pana Męża swoimi niepotrzebnymi uwagami, psy w bagażniku na wertepach obijały sobie głowy, Ru muczała, bo pomyliła drogę do Lublińca z drogą do domu moich rodziców (też jest pole, i wertepy i trzęsie niemożebnie), a Balu milczał z godnością obserwując świat zza szyby.

Na miejsce dotarliśmy przed czasem, odprawiliśmy najpierw psy (sprawdzono ważność szczepienia przeciwko wściekliźnie), oraz odebraliśmy numer startowy. Siedliśmy i…okazało się, że mamy jeszcze czterdzieści minut do startu. To był doskonały czas na bułę. I poznanie pierwszych, wirtualnych znajomych – nagle “znikąd” pojawiła się Ania z Pufą. Psica wymownym milczeniem dawała do zrozumienia, że nie widzi ogromnych ciapków i wcale nie jest poruszona, że dwa pyski wtykają jej zimne nosy a to w ucho, a to pod ogon. Jej pełna wyższości godność lekko zawstydziła oziki, Ru tylko wychłeptała wodę z pufowej miski i uznała, że sprawy nie było, a Pufa tak naprawdę nie istnieje. We wspólnym zaprzeczeniu trwały trwały aż do końca trasy.
Następnie na scenę wkroczył Terrorowy Zespół – dziki szał radości i energii. Ru darzy JRT miłością wielką więc taką kompilacją była zachwycona. Bardzo ucieszyłam się ze spotkania – zarówno Karina jak i Terror są po prostu pełni uroku, szaleni i żywiołowi – pogadaliśmy chwilkę, a ja już byłam podbita na zabój! 🙂 Myślę, że zdjęcia doskonale obrazują ten energetyczny duet! 🙂
Na koniec, gdzieś w tłumie zamigotała mi czerwona głowa Kasi i rudy ogon Aldora 🙂 Odnalazłyśmy się, zapoznaliśmy się z Danielem i Aldorową rodzinką, porozmawiałyśmy chwilkę – i podjęliśmy decyzję, że zamiast miłego i prostego dystansu 15 kilometrów bierzemy ten dłuższy – 25 kilometrowy (a w rzeczywistości kilosków było 28!). Nie trzeba było zbyt długo z nami dyskutować, ja wobec argumentacji Bohunowo-Aldorowej okazałam się bezsilna. Poza tym rysowała się perspektywa niezapomnianego wypadu, toteż spojrzałam na Pana Męża i rach-ciach przeklasyfikowaliśmy się na mida. 🙂
Taka silna ekipa, nie ma przebacz! Zdjęcie Bohunowe – brakuje Kasi, Sylwii, Łukasza i Sheili 🙂
Przyznam, że trochę obawiałam się samego startu – martwiłam się, że moje psy zgubią całkowicie głowy podczas startu wraz z rozemocjonowanymi psami, bałam się nieogarniętych, agresywnych obcych psów, niepokoiłam przepychankami na starcie. Na szczęście nic takiego miejsca nie miało. Każdy poruszał się swoim tempem, wyprzedzanie odbywało się w atmosferze wzajemnych uprzejmości i tak zwanych small talk‘ów (zostaliśmy rozpoznani przez kilka osób, z każdą udało się choć chwilkę porozmawiać i było mi przeokrutnie wręcz miło, szczególnie ciepło pozdrawiam właścicielkę mikro pieska – fana bloga <3!). Taki dogtrekking to ja rozumiem!
Rozpoczynamy marsz! Źródło: lubliniec.info
Nasze pieski zachowywały się cudownie – nie mogłam sobie wymarzyć większego ogarnięcia móżdżku! Baloo tradycyjnie był alabastrowym aniołem cmentarnym, miał swoją misję do wykonania (jak zawsze, gdy ma założone szelki i smycz z amortyzatorem – postawa uszy do tyłu, ogon w dół, poruszanie się sprawnym kłusem), pieski najczęściej ignorował, niektóre panienki próbował poderwać na postojach, ale zachowywał się wybitnie grzecznie. Ruby brała przykład ze starszego brata, co oznacza całkowity brak wokalizacji, ogłupiających emocji czy agresji. Bardzo przydały się komendy, które mamy przy rowerze: “go, go, go!” (jako “przyśpiesz, zasuwaj do przodu jak najszybciej potrafisz“) przydała się podczas wyprzedzania/ podbiegania, a “wooolniej” (zmieniamy tempo, zwalniamy z galopu do kłusu, z kłusu do stępa) przy hamowaniu 🙂
Kasia na przedzie, Baloo z misją, Muczinka ignoruje pieski. Źródło: lubliniec.info
Bardzo podobało mi się to, że faktycznie byliśmy drużyną – staraliśmy się czekać na tych, którzy idą wolniej, pomagaliśmy sobie przy przeprawach, razem rozkminialiśmy mapę, swobodnie dyskutując nie tylko na psie tematy. Po prostu była to przesympatyczna przebieżka w doborowym towarzystwie – ewentualne podbiegi były uzgadniane z całym zespołem 🙂 Nie obyło się bez przygód – o ile doświadczenie naszych współpiechurów pozwoliło nam spokojnie towarzyszyć i ukończyć marsz ze wszystkimi zaliczonymi punktami, to pieski, wraz z moją bezmyślnością dostarczyły mi chwil, które podniosły moją adrenalinę.

Pogoda okazała się być bardzo łaskawa, jednak zdarzały się gorące momenty. W jednym z nich, gdzieś w połowie trasy, postanowiłam zachęcić Bala do intensywnego zamoczenia się (Puczinki do takich elementów zachęcać nie trzeba było:P), toteż wpadłam na genialny pomysł rzucenia mu patyka. Zgodnie z moimi przewidywaniami pieski ochoczo wbiegły do wody i zaczęły się ścigać do patyka. Niebieskiemu ciapkowi udało się go przechwycić, ale tuż przy powrocie zauważyłam, że coś jest nie tak. Gdy tylko wyszedł z wody zaczął się słaniać i wrzeszczeć z bólu. Ru zdezorientowana biegała wokół nas i szczekała, reszta drużyny mocno zaniepokojona zastanawiała się co dalej. Balu przybiegł do mnie płacząc, ja starałam się odnaleźć źródło bólu, bo nie wiedziałam o co chodzi. Nie potrafił stanąć na tylnych łapkach, przysiadał i wrzeszczał, więc zaczęłam powoli, metodycznie poszukiwać co też mogło się stać, po wykluczeniu ciała obcego, obrzęku stawów zaczęłam rozmasowywać mięśnie ud. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę – gdy tylko troszkę popracowałam nad prawą łapką wszystko wróciło do normy i Balu raźno ruszył do przodu. Poobserwowałam go jeszcze chwilkę i po upewnieniu się, że kryzys został zażegnany, powoli ruszyliśmy w drogę. Tutaj kłania się moja skrajna głupota, która rozgrzanego psa niemalże wrzuciła do zimnej wody. Brawo ja, no geniusz, mam nauczkę na przyszłość, dobrze, że to tak się skończyło, bo już chciałam się rozbierać i lecieć do wody.


Na szczęście okazało się, że akurat chwilę później naszym oczom ukazał się kolejny podpunkt, wraz z bufetem (po około 14 kilometrach trasy). Tutaj chwilkę usiedliśmy, ja mogłam spokojnie podpatrzeć zachowanie Baloo i orzec, czy damy radę ukończyć trasę. Podkarmiłam pieski żółtkiem z Pokusy, zjedliśmy banany, uzupełniliśmy wodę i raźno pomaszerowaliśmy dalej.

Przyznam, że postój mnie mocno rozleniwił i pierwsze 15 minut dalszego marszu było dość utrudnione, szczególnie, że jak widać na zdjęciach Baloo raźno ciągnął Pana Męża, a Puczinka szła na luźnej smyczy (wciąż nie rozumie i nie rozróżnia zasady “na obroży idziemy grzecznie, na szelkach naparzamy“). Upatrzyła sobie miejsce – pozycję zasadniczą przy lewym kolanie Adama, więc gdy tylko zbliżałam się do niego, Ru przestawała ciągnąć.
W takiej pozycji Ru przeszła 28 kilometrów.
Po dłuższej chwili nabrałam drugiego oddechu, przestałam zamartwiać się Balem, który już zapomniał o bolącej łapce i opętańczo parł do przodu, dysząc przy tym jak lokomotywa. Ru szła powoli, metodycznie oszczędzając siły i nie przejmując się nazbyt niczym. Dopiero po połowie trasy zaczęła być dla mnie uciążliwa – zmęczona przestała panować nad swoimi emocjami, rozpoczęła histerię owczarkową gdy tylko ktoś ze stada odszedł nieco dalej, albo gdy Pan Mąż szedł spisać punkty, a ja czekałam z boku, żeby nie tworzyć sztucznego tłoku.
Przyznam, że końcówka trasy okazała się najtrudniejsza – czułam już zmęczenie ud, zrobiło mi się chłodno, zaczął siąpić deszcz i niemożebnie dokuczały mi duże palce u stóp (teraz w domu wciąż kibucujemy paznokciowi Adama, i robimy zakłady, czy zostanie, czy w końcu zejdzie :P). Na szczęście szliśmy drużyną i przeszkody pojawiające się na drodze (baardzo niestabilny i hałaśliwy metalowy mostek, strumyk, który zmęczone nogi musiały przeskoczyć lub podjąć się przejścia po oślizgłym pieńku, bagna…) pokonywaliśmy razem, wszyscy troszczyli się o bezpieczne przejście, co było naprawdę bardzo krzepiące.

Pod koniec czekał nas też trudny aspekt trasy – punkty rozlokowane były blisko siebie, pośród zagęszczenia ścieżek i ścieżynek. Na szczęście nasi nawigatorzy stanęli na wysokości zadania (ja z drżeniem serca trzymałam kciuki, gdyż mapę czytam z dużą niefrasobliwością, a system metryczny stanowi dla mnie zagadkę po dzień dzisiejszy) i zaliczyliśmy bez błądzenia wszystkie podpunkty. Jak oni to robią – nie wiem, trwam w podziwie.

Sama końcówka dla mnie była fascynująca 🙂 Zmęczona zachowaniem Ru wzięłam sobie Bala na pas, żeby mnie pociągnął, a Puczinkę podstępem podrzuciłam Panu Mężowi 😛 Byłam pewna, że końcówki nie dam rady podbiegnąć, a jednak okazało się, że niekoniecznie ja muszę mieć żyłkę zwycięzcy, skoro jestem podpięta w drużynie do pieska. Baloo już na dobre kilka długości przed końcem trasy znacząco przyspieszył, jakby wiedział, że już dochodzimy do punktu. Gdy cała Reprezentacja Kłaków w Kawie ruszyła galopem, w Balu zawrzała krew przodków i wyrwał do przodu tak, że gdyby nas sportretować w kreskówce, niechybnie moje buty zostałyby w miejscu, a ja powiewałabym za ciapatym. Końcówkę trasy przebiegliśmy na przełaj przez krzaki (jakim cudem nie zostawiłam gałki ocznej na jakiejś gałęzi – pozostanie zagadką na wieki) i wylądowaliśmy na mecie dumni i bladzi.

Dzięki genialnym wskazówkom Bohunów mieliśmy ciuchy na przebranie, więc zapozowaliśmy, uścisnęliśmy sobie rączki i poszliśmy przebrać się w cywilne ciuchy. Nadmiar sportowych emocji (heheszki) spowodował, że głowa chciała mi pęknąć, a wciąganie dżinsów na spocony tyłek w fabii i uderzenie mózgiem w dach samochodu zdecydowanie nie przyczyniło się do poprawy tego stanu 😛 Wróciliśmy na umówione miejsce, spożyliśmy obiad i zmyliśmy się po angielsku, bo deszcz zaczął siąpić, a mnie rozsadzało głowę.

Podsumowując – dogtrekking ważny dla mnie był z kilku względów – po pierwsze chciałam znaleźć wspólną aktywność, którą mogłabym cieszyć się zarówno z Adamem, jak i pieskami – i tu nam się udało, na tę chwilę śledzimy zachowanie Adamowej stopy i powoli zastanawiamy się nad kolejnymi startami! 🙂 Po drugie bardzo chciałam poznać atmosferę tych zawodów, po trzecie oswoić psy z zachowaniem zen wśród setki pobudzonych psów. Do tego udało nam się poruszać w doborowym towarzystwie – z tak fantastyczną ekipą ciężko było być niezadowolonym, niezależnie od miejsca w klasyfikacji! Wielkie dzięki i stos ciepłych myśli ślę w stronę całej Reprezentacji Kłaków w Kawie! 🙂
Co takiego jest w tym dogtrekkingu, że każdy kto się zjawi, zakochuje się w nim bez pamięci? Nie mam pojęcia – jest to aktywność dla każdego, jest zdrowo, jest wesoło, w pięknych okolicznościach przyrody traci się masę kalorii, wraca się zmęczonym, szczęśliwym – zarówno ta dwunożna jak i czterołapna część teamu. No i bez dwóch zdań zbliża do siebie – tylko popatrzcie na to zdjęcie:

A co Wy sądzicie o dogtrekkingu? Mieliście okazję brać udział w tych zawodach? A może ostrzycie sobie ząbki na kolejną trasę? Kto wie, może się zobaczymy niebawem? 🙂
Mnie się marzy! Ale jakoś terminy od dwóch lat mi nie sprzyjają 😀
Czekamy na kolejne starty w taki razie! Ostatnie zdjęcie zmusiło mnie do rozjaśnienia monitora,ale obrazek który się moim oczom ukazał…bajka <3
Niestety inaczej się zrobić fotki nie dało – to było trudniejsze niż trzaskanie zdjęć lwiej rodzinie na sawannie! 😀 Następny zakup – kamera termowizyjna na potrzeby bloga 😀
Przekonałaś mnie tym postem! Czekam tylko na coś w miarę blisko i w dobrym terminie! Niuf uwielbia się szlajać, młody też 🙂 super byłoby się kiedyś spotkać 🙂 w sumie mieszkacie nie daleko to można by kiedyś wyskoczyć na spacer 🙂
O a gdzie mieszkacie? 🙂
W Bukownie 🙂 Można powiedzieć okolica Jaworzna, Sławkowa 🙂
Ale super! 🙂 No i sami swoi! Właśnie tak sobie wyobrażamy dogtrekking i szykujemy się na Trzebnicę w czerwcu. Teraz nie było nas tylko dlatego, że mnie nie było przez weekend w ojczystej ziemi… Pufa to nasza dobra kumpelka z parku, już od dawna nas namawiała do startów! Dołączamy się do Reprezentacji przy najbliższej okazji. Fajnie byłoby się spotkać! 🙂
Właśnie my też intensywnie zastanawiamy się nad Trzebnicą 🙂 Pufa to jest hrabina nad hrabiny! 😀 Do zobaczenia! 🙂
My planujemy dogtrekking w Przesiece 🙂
Ja się lękam, że Przesieka może mnie zabić 😛
Mieliśmy się wybrać… ale jak zwykle jakieś przeszkody 🙂 Dogtrekking to coś, w co wpadliśmy po uszy 😀 Na pewno pojawimy się w Tychach 10 września, być może jeszcze gdzieś indziej. Pożyjemy, zobaczymy! Gratuluję zdecydowania się na pierwszy start i być może kiedyś spotkamy się na trasie?
O Tychach jeszcze nie słyszałam, a jest tam gdzie startować? Wydawały mi się mało atrakcyjne…:)
Tychy są jednym z najlepszych miejsc na dogtrekking! Zawody są organizowane w Ośrodku Wypoczynkowym Paprocany, a program zawodów jest podany tutaj: http://www.czlowiekipies.pl/?page_id=440 😉 W tym miejscu startowaliśmy już po raz drugi i na pewno nie odpuścimy i w tym roku 🙂
Dogtrekking jest mega <3 Miałam okazję w zeszłym roku być podpięta do małej lokomotywy i dreptać trzy dni po Biebrzańskim Parku Narodowym. Niesamowite wrażenia, piękne widoki i to boskie zmęczenie na koniec. Żałuję, że częściej nie mogę sobie pozwolić na korzystanie z tej aktywności.
Ach Biebrza! 🙂 Moje szefostwo jest zakochane w tamtej krainie, więc trochę tymi opowieściami przesiąkłam – ale jeszcze nigdy tam nie byłam 🙂 Pewno z jamniczką i to seniorką ciężko wyrywać się na jakieś wypady 🙁
Wszystko przed Tobą! 😀 Może kiedyś na urlopik tam skoczysz. 😉 Jamnik sam w sobie nie jest zły na wypady. Jednak wiek babinki już wiele zmienia, gdy za ciepło – szybko się męczy, nie chce chodzić, trzeba nosić – tu się człowiek szybciej meczy. Uroki starszego psa. 😉
Ojej, ile miłych słów pod moim (naszym) adresem, dziękidziękidzięki<3 ! I jeszcze zdjęcie pośladów, które na foto wyglądają całkiem atrakcyjnie hahaha 🙂
Bardzo się cieszę, że w końcu poznałyśmy się na żywo. Teraz przynajmniej wiem, do kogo piszę!
Przeraziłaś mnie nieco tą relacją o łapce Bala, wyczuwam chwilę grozy.. Terror też zaliczył kilka kąpieli, ale wchodzi sam bez zachęty patykiem, więc ufam mu, że wie co robi 😀 Choć jakby trzeba było to pewnie też zamoczyłabym kuper w akcji ratunkowej.
Fajnie, że obojgu Wam spodobała się taka forma aktywności, ja też wsiąkłam w dogtrekkingi. W maju szykuje się kilka fajnych pozycji, ale ze względu na wesele znajomych i duże koszty związane z uczestnictwem, muszę odpuścić majowe edycje. Czerwiec – seminarium frisbee w Skoczowie, więc jeszcze stoi pod znakiem zapytania, a co dalej zobaczymy.
Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się spotkać na szlaku! (I nie tylko tam 🙂 )
U nas maj też jest dość okrojony – obóz i jeszcze jedno seminarium, trzeba było powiedzieć sobie “stop” 🙂 Ale też mam nadzieje, że spotkamy się jeszcze kiedyś! 🙂
Przymierzam się POWOLI do zakupu owczarka australijskiego. 🙂 Chciałabym zasięgnąć opinii odnośnie zabawek dla szczeniaków. Czy faktycznie warto kupować te przeznaczone dla szczeniąt, czy od razu celować w te pełnowymiarowe, które będą służyć psu jak już będzie dorosły? Zastanawia mnie czy te specjalnie dla szczeniąt, to nie jakiś chwyt marketingowy żeby wyciągnąć z ludzi dwa razy więcej pieniędzy. 😛
To jest dość złożona kwestia 🙂 Bo małe, mleczne ząbki czasem mogą po prostu nie dać rady przy używaniu dorosłych zabawek 🙂 Stąd to rozróżnienie – niektóre szczeniaczkowe są mniejsze, miękkie – ale to nie ma reguły, potrzebuję konkretów! 🙂
Co jest najgorsze w dogtrekkingu? Nie znalazłam żadnego w Warszawie (na obrzeżach) a brak samochodu skutecznie zniechęca do dalszych wypraw…
Jest w Warszawie na pewno – wiem, że ostatnio Dominika z Pies do kwadratu wybrała się na taki 🙂
Właśnie w takich chwilach najbardziej żałuję, że mieszkamy w takiej dziurze, z której wszędzie daleko 🙁
Pozdrawiamy!
Niemożliwe, że wszędzie daleko! 😀 Na pewno gdzieś jest blisko! 😀
Gratulujemy udanego wypadu 😉 Szkoda, ze u nas to nie może przejść ;(
A to czemu? 🙂
Moja klucha po kilku kilometrach by wysiadła, podziwiam :D.
A no, z buldogiem to nie dziwota 😀 Dlatego mimo wielkiej miłości do tej rasy wiem, że to pies nie dla mnie.
Świetnie to wygląda – u nas niestety takich atrakcji nie ma i sobie dogtrekkujemy/canicrossujemy samotnie 😉
Może już niedługo – dogtrekking robi się bardzo popularny 🙂
Ja przed pierwszym startem dogtrekkingowym także podglądałam notkę Bohunową 😀 A i Twój post przypomniał mi o zaległej relacji sprzed zawodów, które odbyły się.. miesiąc temu! :O
Ooo to czekam na nią! 🙂