Candy Blue

Candy blue warsaw dog

Późne popołudnie, po okropnym, męczącym, hałaśliwym dniu. Z ulgą wjeżdżam na podjazd, zaraz zatrzasnę drzwi (Pan Mąż mówi, że “w swoim aucie to możesz dupać, od mojego wara” no to dupię, co mi zostało) jeszcze tylko zbiorę zakupy i muszę przetrwać oko cyklonu, tajfun radości, to moje psy niesione na skrzydłach miłości. Życie zaczyna się od piątku popołudnia. Teraz tylko symbolicznie zamknąć bramę i już można odpocząć od innych ludzi, hałasu. W końcu nie trzeba mówić, gadać, tłumaczyć, perorować, wyjaśniać, nakreślać…można w końcu zamknąć ryja.

Zapowiada się piękny wieczór, psy na pewno o tym wiedzą, inaczej nie kręciłyby się tak, nie posapywały znacząco. Wszak siku w ogrodzie nie może równać się z niczym nieskrępowanym, zamaszystym sikiem w pobliskich polach. Cóż począć, biorę aparat (za pasem golden hour, nie ma kwęczenia!), chwilę dumam co założyć psom na tę okoliczność. Maniacy zrozumieją potrzebę posiadania więcej niż jednego kompletu, właśnie na okazje takie jak ta. Dziś nie potrzebuję zagrzania do walki na zawodach, czy zabłyśnięcia kolorem na seminarium. Dziś idziemy spuścić parę i odprężyć się przy zachodzie słońca. Potrzebuję relaksu i odpoczynku od zgiełku, stawiam na łorsołdogowe kojące pastele w Candy Blue.

Candy Blue Warsaw Dog

Bez pudła sięgam po zestaw dla Ru, która już wie, jest półprzytomna z radości, siada, bo ma wpojone pewne maniery, ale znów, trochę ją ponoszą emocje więc zamiast nadstawić głowę bierze obrożę w pysk. Nie, bejbe, nie chodzi mi o trzymanie przedmiotów w pysku, ponawiam gest, Ru kiwa głową, ona wie, ona rozumi, już teraz zrobi wszystko tak jak trzeba, na bank, na stopro. Nachylam się, żeby nałożyć obrożę, Ru uprzejmie otwiera mordę, delikatnie odbiera mi ją z rąk i siedzi. Dla pewności robi susła, wciąż trzymając obrożę, zaciskając szczęki. Oczy ma trochę bardziej wytrzeszczone, zazwyczaj, tak ma podczas silnego wysiłku umysłowego. Trochę popiskuje, no bo co w końcu, kurczę blade, idziemy czy nie. Nie idziemy, czterdziesty raz próbuję wcisnąć Ru obrożę, piesek w tym czasie otwiera uprzejmie paszczękę, Bal z założoną obrożą usnął gdzieś w kącie, ja staram się nie przeklinać. Jest piątek, godzina osiemnasta z groszami, ja jestem wyżęta, przeżuta i wypluta, marzę tylko o tym, żeby rozłożyć się z kindlem na kanapie. Po pięćdziesiątej próbie nie wytrzymuję, zamykam rudy pysk, wciskam pętlę na szyję, próbuję skontrolować świeżość Bala, bo podczas naszych zmagań trochę zasechł. Bal otrzepuje się z kurzu i zgłasza gotowość do spaceru. Ruby w tym czasie orbituje ze szczęścia i podniecenia gdzieś pod sufitem, wypiskując arię pod niebiosa. Podpinam ją pod smycz, i mocno trzymam, żeby z radości nie uniosła się w powietrze. Balu z miną nieodgadnioną obsikuje pobliski krzak róż. Ruszamy.

Candy Blue Warsaw Dog

 

Zanim dojdziemy do pól i psy będą mogły cieszyć się niczym nieskrępowaną wolnością, napotkamy kilka przeszkód w postaci przypłotowych fafików. Najpierw Nala, krwiożerczy potwór, 15 centymetrów w kłębie, kły na pół metra, zabija ultradźwiękami. Parę domów dalej panoszy się leonberger. Na szczęście praca nie poszła na marne, Baloo nawet nie zaszczycił jednym spojrzeniem, ociekającego jadem i pianą pieseczka. Ru kilka razy zapiszczała, ale wyjątkowo szybko odzyskała równowagę umysłową.  Trochę ciągną, ale cóż, jestem kwiatem lotosu, potykam się o rozwiazane sznurowadło, zaplątuje w psy i niemal nie wyrżnęłam mózgiem o krawężnik. Człowieku nie irytuj się. Przed nami pola.

Candy Blue Warsaw Dog

Zwalniam psy, chwilę idę ze spuszczonym wzrokiem, niech się dzieje co chce, mogą nawet usiłować cichaczem zjeść pół pola młodego żyta posmarowanego nutellą (to Bal i domyślcie się), albo lawirować tak, żeby jak najefektywniej zmienić kolor z rudobiałego na szaroczarny (to Ru). Pojmuję komizm sytuacji, ale jestem ponura jak noc listopadowa, bez nadziei niczym projekt budżetu, nadęta jak świński pęcherz, nie ma dla mnie odwrotu. Jeszcze tylko wrócić do domu i znaleźć pretekst, żeby z sensem obsztorcować Pana Męża, użyć argumentu “bo ty nic nie rozumiesz“, by następnie zagrzebać się w ściółkę z półkilogramową tabliczką czekolady. Wszystko po to, żeby w następstwie rozpłakać się, że owa tabliczka poplamiła świeżą pościel a nagły chłód w relacjach małżeńskich niechybnie oznacza kres naszego związku a pół kilograma mlecznej fin carre nigdy nie pójdzie w cycki. Nie znajdzie ukojenia umysł kobiety!

Candy blue warsaw dog

Nade mną krąży gradowa chmura. Gdy kroczę polną dróżką stokrotki więdną, mrówki uciekają w popłochu, a trawa natychmiast pokrywa się słuszną warstwą lodu. Na jedną chwilę, bez większej nadziei patrzę wyżej niż czubki butów. Niemasiły, świat ma być dziś okropny! Jednak przemogę się, podnoszę wzrok.

Candy blue w realu
Staropolskie porzekadło mówi: spójrzcie a uwierzycie! 😛

WTEM! Jak w kalejdoskopie, wszystko uspokaja się, zwalnia – słońce zaskakuje feerią barw. Część niebieska, część różowa, od zimnych fioletów po niemowlęcy róż i melancholijny niebieski. Na ten fragment dnia czekałam, psy węszą wśród traw, mogę przysiąc, że patrzą na siebie porozumiewawczo. Siadam, ptaszki ćwierkają, tętno spada. Pan Mąż cudem uniknął szafotu. W końcu pełną piersią oddycham ja. Trochę mi głupio za wcześniejsze histerie, rzucane kalumnie i błyskawice z ócz. Teraz osiągamy zen we trójkę, razem na spacerze. Wszystko jest w porządku, wychodzę z marazmu, przestaje napędzać mój kołowrotek nieszczęśliwości. Niespodziewanie chwytam dzień za duży palec u nogi i zanurzam się na chwilę w różowej, musującej fontannie euforii. Teraz przypomniałam sobie dlaczego warto mieć psa. Jest mi różowoniebiesko, niebiańsko, cukierkowo.

Za moimi plecami oziki uściskują sobie łapki, klepią się po plecach. PM w domu odkorkowuje szampana i wycina hołubce. Było blisko.

/wpis sponsorowany – wszelkie podobieństwo – do osób i zdarzeń autentycznych jest zupełnie przypadkowe/

 

28 komentarzy na temat “Candy Blue

  1. Rewelacyjny wpis! Choć ja w takich chwilach to mam ochotę zakopać się w kocyk i iść spać, odpocząć umysłowo i fizycznie i NIE MYŚLEĆ. Ale z psami się nie da. Jeden PACZY, postękuje, pokazuje, że jest i czeka. Z dworu dobiegają bliżej nieokreślone nawoływania wodza, że cały dzień czekały, że no wyjrzyj człowieku z tego domu. Wtedy nawet leżenie na leżaku, z psami obok daje wytchnienie i siłę na przenoszenie gór 🙂

  2. Nie wiem jak to skomentować, ale mogłabym czytać Twoje wpisy w kółko. Tak mądrze i ciekawie napisane, no kolejny raz! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *