W obronie życia zastanego.

pies ze smyczy lesie
Dziś ważny apel będzie!

Lato to okres długich spacerów, wyjazdów, pobytu na łonie natury. Tym razem jednak nie będę pisała o korzyściach jakie możemy czerpać z takiej formy spędzania czasu z czworonogiem. Tym razem będzie o odpowiedzialności.

Zainspirował mnie komentarz do posta dotyczącego Ru. Zatytułowałam go dość niefortunnie (w nawiązaniu do książki Marii Rodziewiczówny), a że spędzaliśmy czas nad jeziorem na czas urlopu rodziców wszystko pasowało. Sam wpis zobaczcie tutaj:

Jedna z osób wyraziła swoje zaniepokojenie faktem, że pieski biegając luzem po lesie mogą naruszyć dobrostan żyjących tam zwierząt. Na początku trochę się zjeżyłam – no bo kto jak kto, ale ja serio dbam o to, żeby moje psy nie były uciążliwe dla otoczenia, nie przeszkadzały, były w stu procentach odwoływalne, panowały nad emocjami, nie były agresywne…a poza tym sytuacja z podlotkiem miała miejsce na łące. Po chwili stonowałam, bo zorientowałam się, że jestem w mniejszości psiarzy. Znaczna większość problemu nie widzi, co więcej, dla niektórych ludzi jest to forma zabawy i wybiegania swojego pupila.

logo_kwadrat2

Podczas dyskusji ze zwolennikami puszczania luzem psa w każdej sytuacji, pada najczęściej kilka podobnych argumentów. Postaram się każdy z nich wziąć na klatę, bardzo proszę:

“To przecież instynkt”

To prawda, psy mają rozwinięty instynkt łowiecki. Dzicy przodkowie psa pracują według schematu łańcucha łowieckiego:

tropienie->wypatrywanie->podchodzenie->pogoń->chwycenie->zabicie->rozszarpanie->zjedzenie.

Podczas kształtowania ras ludzie pracowali nad wygaszaniem pewnych elementów (zabicia/rozszarpania/zjedzenia)  na rzecz wzmocnienia innych (jak choćby  tropienie/wypatrywanie/podchodzenie/pogoń/chwycenie u retriverów czy tropienie/wypatrywanie/podchodzenie/pogoń/chwycenie/zabicie u chartów). To prawda, że dobrze jest pozwalać psu na zachowania zgodne z jego naturą, ale warto postawić na zaspokajanie potrzeby tropienia w kontrolowany sposób (nosework, mantrailing, swobodne, długie spacery). Potrzebę pogoni, chwytu i rozszarpania wzmacniamy na co dzień podczas nagradzania dobrze wykonanych ćwiczeń szarpakiem czy podczas pracy na popędach (frisbee). Zaspokajaniem instynktu w zdrowy sposób NIE JEST dzika pogoń za zwierzęciem – najczęściej (wersja optymistyczna) doprowadza to do rozemocjonowanego, sfrustrowanego psa, dyszącego opętańczo po kolosalnym wysiłku i przerażonego zająca, który cudem uniknął śmierci. Wersja pesymistyczna obejmuje psa poranionego, okulałego, a bogu ducha winna sarna w dzikiej panice wbiega na otwarty teren. Wersja dramatyczna to dopadnięcie sarny i jej poranienie/okaleczenie/zabicie, lub pies potrącony przez samochód w amoku pogoni za kotem.

“On i tak nie dogoni”

Może i ma dziesięć kilogramów nadwagi. Może nie dogoni. Ale na pewno zestresuje – przecież dla zwierzęcia po drugiej stronie barykady to walka o życie. Konsekwencji przewidzieć nie sposób – czy zwierze pozostanie wpędzone w drut kolczasty, uciekając wpadnie w dół i złamie sobie nogę, czy zaczepi się w gałęzie i nie mogąc się wydostać, w końcu skona z głodu. Ja za to nie chcę być odpowiedzialna, wystarczająco ciężko patrzy mi się w lustro z rana widząc moją lekko nieświeżą twarz 😛

“Przecież jej nic nie zrobi”

Swego czasu istniał blog, który publikował zdjęcia zwierząt dopadniętych przez miejskich podopiecznych. Witryna zaginęła gdzieś w czeluściach internetu, dlatego podrzucę link do innej publikacji – uwaga drastyczne zdjęcie. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć co kryję się w duszy naszego Fafika. Jeśli nie jesteśmy w stanie odwołać Burka od pogoni nie oczekujmy, że damy radę opanować emocje gdy już dopadnie swoją zdobycz.

“To tylko zabawa”

Nie. To nie jest zabawa. Ani dla psa, ani dla uciekającego zwierzęcia. To walka o życie. To najbardziej prymitywna gra, która trwa od zarania dziejów.

“Gdzie ma się wybiegać”

Wszędzie tam, gdzie jesteśmy w stanie nad nim zapanować. Czy będzie to psi wybieg, nieurodzaj za blokami, czy pola za miastem. Jeśli pies jest wyjątkowo trudny w nauce przywołania – mądrzy ludzie wymyślili fantastyczny sposób – linki 10, 15 metrów. Nie zawsze jest to wygodne, ale stanowi pewien wentyl bezpieczeństwa. Sama dobrze wiem – nie zawsze znajdzie się czas na porządny spacer, relaksujący i spuszczający parę. Wtedy staram się psom zafundować wycisk intelektualny – nosework (o którym niedługo!), sztuczki, fitnessy… Są takie tygodnie, że człowiek nie ma nawet czasu i siły się po tyłku podrapać, więc na poczet takich szalonych okresów przygotowałam psy. Jak? O tym pisałam do Was w cyklu “Zen dla psa” (cz. 1, cz.2).

“To taka rasa”

Grup FCI mamy dziesięć. Każdą kształtowano w odmiennym kierunku, część z nich właśnie służyła do polowań i przyjęło się, że tego typu rasy trudniej nauczyć odwołania i pogoni za zwierzyną (ale inwestując w taką rasę właściciel doskonale zdaje sobie sprawę z wysiłku, który trzeba będzie włożyć w ten aspekt wychowania, prawda?). Posiadając psa o mocnych popędach, którego nie sposób nauczyć odwołania (nie mnie oceniać, czy faktycznie są takie egzemplarze) trzeba go kontrolować. W mojej opinii to trochę tak, jakby wchodzić z domowym tygrysem do stadniny i  w trakcie siania przez niego roz*dolu rozkładać rączki, że “ten typ tak ma, przecie!“.

Posiadanie psa to wielki obowiązek – jeśli istnieje niebezpieczeństwo, że poniosą go emocje, bo ma kiełbie we łbie, a w kieszeni dym (cześć, Ru!), weźmy go na smycz, linkę. Skoro w lesie nosi go od zapachów, dlaczego ryzykować, postrzelenie, zgubienie, śmierć głodową zamordowanie czyichś młodych, zachwianie leśnego ekosystemu? (Serio, to wszystko mam w głowie gdy przechadzamy się po lesie – sodomia i gomorjia we własnej głowie! 😛). Panie, weźże tego dzikiego (nie)ogara na smycz i żyjcie długo i szczęśliwie wśród delikatnych dźwięków lutni.

logo_kwadrat2

Długo pracowałam nad przywołaniem, i bez bicia przyznam, że na polach naszych Ru zdarzyło się dwukrotnie puścić za sarnami. Zrobiłam wtedy taką jesień średniowiecza i tak wzmocniłam przywołanie, że od dłuższego czasu nie mam się czego czepić (powiedzmy ponad pół roku). Co nie zmienia faktu, że moich psów w lesie nie spuszczam (o tym jakie mogą być tego konsekwencje pisze Biały Jack). W parkach, zagajnikach, na polach, łąkach i inkszych miejscach mam oczy dookoła głowy. I zawsze mam Magiczną Żabę Przywołania, która jest ostateczną nagrodą za trudy opanowania kudłatych emocji.

Nie znoszę mieć zwierząt na smyczy, więc używam pasa do dogtrekkingu – pieski dodatkowo pracują, a mnie jest dużo lżej trzaskać kilometry. Alternatywą dla pasa jest długa smycz. Na terenach oddalonych od cywilizacji (łąki, pola, zagajniki) psy chodzą bez smyczy, wymagam jednak od nich zaangażowania umysłowego, przez co rozumiem natychmiastową reakcję na komendy. Jeśli delikwent wykazuje słuch wybiórczy, i wybitne braki w połączeniu neuronów z mózgiem, zostaje zapięty na smycz do odwołania. Zdarza się i taki amok. Wolę nie kusić losu. My jesteśmy gośćmi na ich terenie, respektuję zasady tam panujące – dlatego proszę, szczególnie teraz – żyjmy i dajmy żyć innym – przecież wszyscy kochamy zwierzęta! 🙂

Ciekawa jestem jaka jest Wasza opinia? Spuszczacie swoje psy w lesie ze smyczy? A może już za Wami długa i ciężka batalia o bezwzględne przywołanie? A może w ogóle nie zgadzacie się z moim stanowiskiem? Podzielcie się spostrzeżeniami!

Spodobało Ci się? Podziel się z innymi, będzie mi ekstramiło!
Share on FacebookGoogle+Pin on PinterestTweet about this on Twitter

73 komentarzy na temat “W obronie życia zastanego.

  1. A ja mojego psa nigdzie nie spusczam, zawsze wlecze się a nami10m linka, bo… kompletnie nie ufam Trixi. Ona jest typem psa, któremu da się palec a ona weźmie razem z ręką i dwoma nogami. Mimo, że przywołanie mamy całkiem przyzwoite ten ! mój kundel bury lubi puścić wodze fantazji i pobiegać siebie radośnie po tęczy wraz z wróżkami i jednorożcami

  2. Bardzo mądry i przydatny wpis! Ja wiem, że psicy od pogoni nie odwołam – kilka takich przypadków niestety miałyśmy, dlatego na terenach, gdzie jest zwierzyna chodzi na smyczy, nawet nie na lince, bo na takowej naprawdę zmotywowanego psa, który się rozpędzi, nie utrzymamy, uwierzcie mi, znam to z autopsji.
    Natomiast akurat moja psica koniecznie potrzebuje choć 2 dni w tygodniu, gdy porządnie się wybiega, dlatego mam obczajone miejsca, gdzie zwierzyny nie ma i mogą ją spuścić.
    Praca nad przywołaniem jest niezbędnikiem, codzienna, w coraz trudniejszych warunkach, ale trzeba przyznać przed sobą, że wiele psów, które pogoni zaznały, nie możliwe jest oduczenie tego tak, by mieć 100% odwoływalności w tej sytuacji, bo zawsze zwierzyna może być za blisko – zdarza się, albo akurat stan pobudzenia za wysoki. My poważnie zastanawiamy się nad przeszkoleniem z użycia OE.

    1. Znam kilka ludzi, którzy właśnie przy problemach ze zwierzyną pracowali na OE. Myślę, że gdybym miała taki problem, też zdecydowałabym się na ten typ nauki ( u nas ostatecznością jest głośna “panienka” w kierunku rudzielca – niestety ludzie się oglądają za rzucającym mięchem, nie polecam:P).

    2. Dzięki treningowi z OE mam psa odwoływalnego od zwierzyny. Z perspektywy czasu żałuję, że tak dlugo z tym zwlekałam… Grunt to zrobić to pod okiem trenera i z głową!

    3. Polecam OE! Mój wyżeł jakiś czas temu zupełnie i kompletnie stracił mózg: pomogła dopiero OE. Od dłuższego czasu nie ganiamy już zwierzyny. Polecam, ale KONIECZNIE pod okiem doświadczonego trenera. W razie czego mogę polecić. 🙂

      1. Chętne jesteśmy, by kogoś polecić, oczywiście potem sama dokładnie osobnika przebadam i przepytam, bo OE to jednak bardzo poważna sprawa. Słyszałam, że nie u kazdego psa jest w tym temacie prosto i nie zawsze się udaje!

  3. My się tu przyznamy nie owijając w bawełnę, bo też taką wspaniałą szczerość zawsze daje nam Heart Chakra 🙂
    Istnieją psy – dzieliliśmy życie z dwoma takimi – które były nieprawdopodobnie bezpieczne dla mieszkańców lasu. Ich “gonienie” ograniczało się GÓRA do 20 metrów podbiegu w dziwacznych podskokach w kierunku UCIEKAJĄCEJ zwierzyny. Gdy coś stało, to w ogóle nie było żadnej reakcji. Trudno uwierzyć, ale tak było, DOKŁADNIE TAK. Dopiero ludzie, którzy szli z nami na spacer i widzieli jak możemy sobie spokojnie, ciuchutko focić sarny czy zające, a psy z nami sobie na to patrzyły, potrafili uwierzyć. Takie psy chodziły z nami latami i od małości luzem codziennie na wielogodzinne spacery po lesie. W tym czasie znaleźliśmy na ścieżkach kilka ptaszków, sarenkę – zawsze z taką samą reakcją: psy stoją i patrzą się na coś na ścieżce. Podchodzimy – zwierzątko – odchodzimy (w wyjątkiem połamanej sroczki w Poznaniu). Jedna suka była mieszańcem labradora i owczarka podhalańskiego, druga – border collie (jeśli to kogoś interesuje). Nie były w tym kierunku szkolone, układane, po prostu trzymały się przy nas, biegały i uwielbiały otwarte przestrzenie, a do tego chyba 365 dni w roku były mokre ze względu na ilość jezior i ciągłe kąpiele.. Nie wiem, czy ktoś jeszcze ma takiego psa/psy, czy takie w ogóle istnieją. Ale poprzeczka stoi wysoko – nie mówimy o “czasami”, o “nic nie robi, TYLKO” itd. Mówimy o naprawdę maksymalnie “ludzkim” zachowaniu (choć też większość ludzi zachowywała się gorzej w lesie niż te psy 🙂 )
    Teraz mamy psa (3-letnia, przekochana suka ze schroniska), z którym nie ma szans, żeby kiedykolwiek mógł chodzić luzem po lesie lub w pobliżu jakiejkolwiek zwierzyny. I tutaj naprawdę można mówić o bezwględnym instynkcie, a nie ma co mówić o ćwiczeniu przywołania itp. Przywołanie działa fantastycznie, ale nie, gdy jest trop, jakikolwiek.
    Można więc powiedzieć – TO ZALEŻY, ale z drugiej strony ludzie mają tak różne granice, wyobrażenia itp., że chyba lepiej już promować postawę NIGDY NIE PUSZCZAĆ PSA LUZEM W LESIE. Jest to zdecydowanie BEZPIECZNIEJSZE DLA PSA, bo już o nerwach właściciela bez wyobraźni wspominać nie ma po co 🙂

    1. Ależ ja wierzę! Wierzę, gdyż osobiście znam całe stada borderów, których nie ruszają biegające sarenki – kilka tygodni temu byliśmy na takim spacerze – sarny przebiegły nam przez pole, bodery nic, a moje oziki niuchały ostro i Ru miała rozkminę stulecia, co robić, jak żyć. Na szczęście wybrała Jasną Stronę Mocy 🙂 Niestety z ozikami już tak gładko nie było, i tutaj ostre reprymendy połączone z mega jackpotami za rezygnację zdały egzamin 🙂

  4. Mam ogromny szacunek do osób, które mimo że mogą poszczycić się przywołaniem idealnym nie spuszczają psów w lesie. Zaimponowałaś mi 🙂 Ja Luny nie spuszczam już prawie nigdzie ze względu na jej fobie dźwiękowe. Obecnie naszą najlepszą przyjaciółką jest 15 metrowa linka. Ja jestem dużo spokojniejsza i zrelaksowana na spacerach, a Luna swobodnie może się wybiegać i wracać do zrelaksowanej opiekunki, a nie do kłębka nerwów który przekaże jej na dzień dobry swoje negatywne emocje. Mam wrażenie, że mój spokój odkąd używamy linki wpłynął na naszą relację podczas spacerów. Spokojniejsza ja- chętniej człapiący obok i wracający do mnie Burek 🙂

    1. Ja mam mocny dystans do przywołania – nigdy nie zaufam żadnemu z ciapków na stopro. Tak jak napisałam – wszędzie indziej psy puszczam i kontroluję mając wentyl bezpieczeństwa – Magiczną Żabę Przywołania (wygraną w konkursie notabene). W lesie – boję się panicznie wszelkich tego konsekwencji. Teraz już zaczęłam mięć rozkminę tysiąclecia, gdyż jedziemy na dwa tygodnie w dzicz, planujemy wziąć rowery i cisnąć ścieżkami kilometry, a podczas tego aktywności zawsze wolimy mieć pieski obok rowerów a nie przypiętych…

      Właśnie w tym wpisie głównie chodziło mi o tą odpowiedzialność i mierzenie siły na zamiary – bardzo bardzo podoba mi się to, że wiesz, jakie Luna ma ograniczenia, dzięki czemu możecie obie czerpać przyjemność ze wspólnych wypadów.

  5. Ha, my też mamy swoją własną “Magiczną Żabę Przywołania”, czyli piłkę tenisową zwaną u nas “Berłem Władzy” :). Z tym puszczaniem luzem jest tak, że to baaardzo wygodne dla właściciela. Pies węsząc i biegając wokół “wybiega się” dużo szybciej niż gdybyśmy przeszli z nim trzy razy więcej, ale na smyczy. W imię tej wygody niektórzy ryzykują. Zresztą problem nie dotyczy tylko lasów. Wszelkie opuszczone tereny zielone między osiedlami, czy w parkach są pełne nieodwołalnych psów. I tu się zaczyna robić niebezpiecznie. O tym co obserwuję w tej kwestii na co dzień to bym mogła napisać cały elaborat 😛 Psy szczekliwe, które wparowują w grupę psów i obszczekują wszystkich, przez godzinę, psy goniące rolkarzy i rowerzystów w parkach, nad którymi właściciel nie ma żadnej kontroli. Psy agresywne i natarczywe, które zamiast zostać spokojnie z odpowiednimi psami socjalizowane, są puszczane luzem do grupy, którą kompletnie rozwalają, a właściciel nic z tym nie robi. Psy, które uważają siebie za obrońcę grupy i warczą i szczekają na przechodniów, którzy są zbyt blisko psów. Jest tego multum. I wszystkie te psy śmigają sobie tak po prostu po parku. Vuko nie odwołuje mi się na słowną komendę na 100%. Czasem, rzadko ale jednak “głuchnie”. Wtedy mam “berło władzy” i wiem, że ten mały szczyl przyjdzie i koniec. I póki co odwołuje się na to zawsze. I dopiero mając takie poczucie pewnego bezpieczeństwa puszczam go. Puszczanie luzem psa, nad którym ktoś kompletnie nie panuje, czy to w lesie czy to w mieście, jest wygodnictwem, które może się bardzo źle skończyć.

    1. To prawda, tu przede wszystkim chodzi o wygodę. I z jednej strony nie dziwię się ludziom, którzy nie są pasjonatami jak Ty czy ja i po prostu mają psa, bo tak. Czasem sama nie mam siły cisnąć z psami na długi, relaksujący dla nich spacer bo jestem zmęczona po pracy, ale swoje już wiem, poczytałam, doinformowałam się – sama kiedyś nie zdawałam sobie z różnych kwestii sprawy. Natomiast mam nadzieję, że nagłaśnianie takich kwestii będzie zataczało coraz szersze kręgi i dotrze do tych najbardziej zatwardziałych!

      1. Pewnie, nie oszukujmy się, na psią michę trzeba zarabiać i czasem wraca się do domu w takim stanie, że spacer to ostatnie na co ma się siły 🙂 a pies wyjść musi. Szkoda tylko, że takie nagłaśnianie dociera zazwyczaj do ludzi, którzy chcą się tym zainteresować. Zatwardziałe głowy, które mają psa, bo tak, mogą nigdy tego nie przeczytać, a gdy ich pies zrobi coś złego, to wina spada na wszystkie psy świata. Gdyby każdy miał taki magiczny przedmiot do odwoływania, to byłoby wszystko dużo prostsze 😉

        1. To prawda, ale mam cichą nadzieję, że w znajomych tych osób, które udostępniają mój post znajdą się tacy, którzy to przeczytają i zastanowią się choć chwilkę 🙂

  6. U nas sprawa wygląda tak, że las znam jak własną kieszeń. Wiem, gdzie bytują sarny (Bri ptakami czy jeżami się totalnie nie interesuje) i jakie miejsca omijać. Do luźnego biegania daję jej więc obrzeża wzdłuż torów kolejowych i wykarczowany pod jezdnię fragment lasu. Jakież było moje zdziwienie gdy jakiś miesiąc temu napotkałyśmy kopytkującą sarenkę! Byłam w szoku. Brida z resztą też, bo ją wmurowało i nie reagowała na zawołania. Po prostu stała i się gapiła, podczas gdy potencjalny obiad ruszył w długą. Uff, dobrze, że ta moja Krowa to leniwa jest… Od tamtej pory tylko smycz.

    1. Dobrze, że wyciągasz wnioski. U mnie czasem lenistwo zwyciężą przez jedną krótką chwilę. Potem wystarczy, że wyobrażę sobie, co może się stać gdy akurat ten jeden jedyny raz mój pies zignoruje przywołanie. Wystarczy 🙂

  7. Ja nie lubie saren i sarny chyba nie lubią nas. Z moim poprzednim psem wypracowałam sobie przywołanie-i od tego czasu na każdym spacerze po polu (czyli naszym ulubionym miejscu) spotykaliśmy sarny. Z moim obecnym psem saren nie spotkałam nigdy. Przywołanie mamy dobre. Zdarzało mi sie iść tam dwa razy dziennie raz z jednym raz z drugim. Zawsze przy pierwszym psie (którego już z nami nie ma) były sarny a przy drugim nie. Sarny są dziwne.

    1. Mnie też sarny wkurzają. Kiedyś jedna taka snuła się jak smród za wojskiem, z jednej strony ścieżki na drugą, próbowałam ją przegonić, czyli włączyłam psy (szczekają przy niektórych sztuczkach)…ta nic 😛 W końcu jak usłyszała piszczałkę to sobie poszła, nieogar taki no 😛

  8. Fajnie napisane. Dziękuję za taki artykuł. Mamy dwie Suczki, obie ze schroniska. Jedna goniłaby wszystko co się rusza, więc zawsze idzie na 15 metrowej lince. Kiedyś nie byłam taka mądra, nasza sunia pogoniła sarnę, wszystko się dobrze skończyło ale to był ostatni raz bez smyczy na polach. Pracujemy z nią ale nie widzę szansy na 100% odwoływania przy jakiejś zwierzynie. Wobec tego sunia jest przez nas “męczona” ćwiczeniami intelektualnymi, tropieniem, zabawkami, a spacer to spacer, nie musi biegać bez sensu byleby zmęczyć tak naprawdę łapy – nie głowę.

  9. Wierzę, że są psy, dla których 15m linka to wystarczająca dawka wolności. Mojemu psu to nie wystarcza (i nie jest w tym odosobniony), więc otwarcie przyznaję, że spuszczam go ze smyczy wszędzie, gdzie to możliwe. Także w lesie.
    W tym najbliższym nas zwierzyny jest mnóstwo. Od myszy po dziki, wszystko tam można znaleźć. Ba, nawet na moim osiedlu jest mnóstwo zwierząt, które pies mógłby upolować.
    A Tayra nie jest przyjacielem wszystkich zwierzątek. Wręcz przeciwnie, ma na koncie parę odebranych żyć. Więc wiem, że te wszystkie teksty o tym, że pies “nie da rady” (dogonić/złapać/zabić/itd.) to bajki. Jeżeli będzie chciał, jeżeli trafi na odpowiednią zwierzynę, jeżeli będzie miał szczęście… to da radę.
    No ale spuszczam – bo ufam i swojemu psu i sobie. No ale nikt inny nie ma prawa tego zrobić, bo wiem, że też nikt młodej nie powstrzyma przed np. starciem z dzikiem. Jedynie zdaję sobie sprawę, że jeżeli natkniemy się w lesie na patrol straży miejskiej, to skończy się mandatem. Trudno :).

    1. Dla każdego psa lepsze jest bieganie luzem, ale linka to nie wyrok, zresztą można psa spuszczac na ogrodzonym terenie. Wybiegać psa można na wiele innych sposób, choć to często wymaga więcej wysiłku. Ja najbardziej żałuje, ze nie mogę z psicą udac się na rower w pola, tam jest idealne podłoże, ale to zbyt niebezpieczne:(

      1. @Jowita
        I tak i nie. Jasne, mogę zmęczyć psa biegiem przy rowerze/obroną na placu/aportem na boisku/tropieniem/i tak dalej, ale to wszystko są różne rodzaje zmęczenia :). Mój pies serio nie biega bez celu po lesie, więc widzę, że jest jej to potrzebne.
        Gdybym nie była w stanie kontrolować psa, to tak, pewnie korzystałabym z linki – ale nie będę tego robić tylko dlatego, że spuszczenie psa w lesie jest nielegalne :).

        1. Dla mnie bezpieczeństwo psa i innych zwierząt jest na pierwszym miejscu. Można spróbowac poszukać terenu gdzie tych zwierząt nie ma. Moja psica też uwielbia dzikie pląsy na wolnej przestrzeni. W tym celu można udać się np. nad jezioro, dodatkowo pływanie tym bardziej da psu możliwość mega wysiłku fizycznego!

          1. Ale dlaczego miałabym to robić? Jeżeli idziemy pływać, to idziemy pływać. Wycieczka do lasu to zupełnie coś innego. Nie rozumiem dlaczego miałabym szukać zamiennika, skoro pies w mojej obecności(!) jest pod całkowitą kontrolą :).

    2. Hm, akurat Ciebie w tym momencie nie do końca rozumiem – dlaczego ufasz psu, skoro ma kilka zwierząt na koncie? Skoro cię to nie rusza, to nie obawiasz się, że Twojemu psu coś się stanie podczas pogoni?

      1. To proste: żadne polowanie nie miało miejsce na spacerze ze mną :). No i żadna z tych sytuacji nie miała miejsca w Polsce, żeby czasem ktoś nie zaczął sugerować, że sobie kłusujemy po lasach. Ja jestem w stanie ją kontrolować, zawsze – ale wiem, że gdyby była pozostawiona sama sobie (lub była z kimś innym), to upolowałaby wszystko, co tylko możliwe.
        I nie napisałam, że to mnie nie rusza, ale akceptuję fakt, że mój pies jest z natury drapieżnikiem i pozbawiony kontroli nie będzie się powstrzymywać przed polowaniem. Nie będę z tego powodu płakać, bądźmy poważni.
        No nie boję się, bo jej na dzikie pogonie nie pozwalam :). Obawiać mogłabym się ewentualnie jedynie pojedynku z dzikiem, bo wiem, że kundel by nie odpuścił – ale dlatego daaawno temu dostała “strzał” z OE. Teraz wie, że sobie nie życzę takich akcji w moim towarzystwie i że gdy widzi dzika, to ma do mnie wrócić. Plus w lasach, w których bywamy, akurat “myśliwych”-świrów, którzy są w stanie pomylić psa z sarną nie ma. Nadgorliwych leśniczych też nie (a może po prostu wystarczająco dobrze nas znają).

  10. Podaję dalej, ludzie wreszcie muszą zrozumieć, że w lesie są tylko gośćmi, a ich kanapowe Fafiki stanowią realne zagrożenie dla mieszkający tam zwierząt. Chciałabym, żeby ten post pokazał ludziom, że można czasami pomyśleć i darować zwierzakom walki o przetrwanie. Chciałabym kiedyś wyjść w nocy do lasu i nie znaleźć zagryzionej sarny, zajączków czy małych dzików…

    Moje poglądy może są odrobinę inne niż większości psiarzy, ale ja nie znosiłabym prawa, które pozwala myśliwym strzelać do klusujacych psów. Wymaga to modyfikacji, no zdarzają się zwyrodnialcy strzelający do psow na smyczach/linkach czy po prostu tych porzuconych/zaginionych i nie ma co tego faktu ukrywać. Ale wiele przypadków zastrzelenia psa przez myśliwego to nie wina pana w zielonym, a właściciela, którego pies wesoło zapierdzielać za przerażonymi sarnami.
    Ogólnie mam dość chłodny stosunek do myślistwa, ale boli mnie mnie to, że każdy przypadek zastrzelenia psa zwala się na osoby, które chroniły poszkodowane zwierzęta. Ile razy słyszeliśmy, że ktoś stracił psa, który był na spacerku i okrutny myśliwy go zamordował? No bardzo wiele… Ale kiedy to właściciel został obwiniony za nieodpowiedzialność? Nigdy. Ani razu w mediach taka informacja się nie pojawiła. I ludzie myślą, że są bezkarni…

    Sama Mora spuszczam w lesie, ale znając leśny harmonogram. Wiem w jakich godzinach i gdzie przebywają zwierzęta i wybieram takie trasy, żeby im nie przeszkadzac i nie niepokoić. Jeśli nie znam miejsca- ogar (nieogar? ;)) zostaje na smyczy. Na łąkach jestem spokojniejsza, bo uważnie obserwuję otoczenie i ciężko o nagłe i niespodziewane spotkanie zwierzaka innego niż kot czy zając. Zazwyczaj widzimy po prostu sarny i łosie z daleka, którymi Moro sobie głowy nie zawraca. Jeśli ma zły dzień – przywołuje go i razem obserwujemy oddalające się zwierzaki. Jeśli nie- przypominam, że zakazy dalej obowiązują 😉 Przy kotach jedynie jest więcej “zabawy”, naprawdę muszę pilnować poziomu ogarzych emocji, żeby nie skończyło się pogonią. Ogólnie sytuacja jest opanowana, ale gdy kot wypadnie mu przed łapy pokusa bywa zbyt duża…

    1. Och, a co do psów, u których nie da się poradzić z instynktem – są takie… Znam Karela, który nie przyjdzie dopóki nie dorwie i nie zabije. Nieważne, czy to kot, pies, koń, sarna czy zając. Pobiegnie, dorwie, zabije i przyniesie zwłoki… O, o! I jeszcze dwa weimary, które reagują tylko na jeden konkretny sygnał gwizdkiem (konkretnego modelu), bo właściciel uwarunkował im to jak prąd w OE. Bez tego to samo- mordują wszystko, co dorwą, z wyjątkiem koni i psów…

    2. Dziękuję! Jak wspomniałam w notce, psy spuszczam w miejscach znanych przeze mnie i to tylko dlatego, że w 90% jestem pewna ich odwołania, co jest potwierdzone doświadczeniem. Zawsze zostawiam margines tych 10% na wszystkie zmienne, które mogą wystąpić.

      Też nie pojmuję, dlaczego koty wzbudzają takie emocje u psów – u mnie również jest zakaz, ale jakby wybrać ptaszka albo psa, to zdecydowanie bardziej pobudzają moje psy mruczki 😛

  11. Nie ma nic gorszego niż utrata kontroli nad własnym psem. Z Nitrem zdarzyło mi się dwa razy, z Miłą raz. Po ich powrocie nie musiałam udawać zlych emocji. Następnym razem, gdy mila ruszyla, a ja za nia, dogonila ja chmura mojej adrenaliny, zrobiła szybka kalkulację, wróciła i już nigdy przenigdy nie pobiegła. Rok temu nawet wyplula upolowana mysz (pies na smyczy, mysz wypadła spod samochodu wprost pod psie łapy). Z Nitrem jest gorzej, bo jemu się w głowie zaswieca “dupa nie szklanka, przeca mnie nie zabije”. Na szczęście on reaguje wolniej, więc mam więcej czasu na odwołanie zanim wpadnie w amok.

    W lesie nie spuszczam,na łąkach spuszczam i kontroluje. To samo w parkach. Moim psom absolutnie nie wolno gonic kotów, ptaków, gryzoni, ani żadnych innch zwierząt. Czy dzieci ;-).

    Także jest nas już dwie 🙂

      1. (ale swojska panienka ma wielką moc rażenia – co prawda czasem mi wstyd, gdyż ludzie się obracają z zniesmaczoną miną, ale wolę to, niż stracić psa w zagajniku :P)

        1. Ty naprawde wymiawiasz brzydka panienke i ona wraca? Czy ja dobrze rozumiem ze to Twoja komenda?
          Poplakalam sie ze smiechu 🙂

  12. A moje psy nie mają smyczy, tylki na ulicy łapie je za obroże. Kiedyś oszczekiwały dziki wlesie ale już z tym skończyliśmy. Pozwalam im biegać za sarnami bo w moim lesie są wilki.

    1. Nie rozumiem związku między wilkami a psami w tym kontekście? Ja bym się bała, że tym bardziej mój pies może dostać jeszcze w8dol od wilka, co niekoniecznie musi się dobrze skończyć.

  13. Kluska zawsze chodzi bez smyczy… ufam jej w 100%, jeszcze NIGDY nie olała przywołania. W razie czego mamy równie mocno zrobione “połóż się”, a w ostateczności brzydkie słowo na “k” które jest w stanie ją wybić z każdych emocji. Uważam, że tak przygotowany czterołap hasający luzem po lesie nie jest wyrazem nieodpowiedzialności.
    Ramzesik czasami chodzi na smyczy, a czasami biega luzem. Nie mamy idealnego przywołania (ale jesteśmy blisko <3 ), nie mamy mocnego zatrzymania, nie umiem go zbić słownie bo jest betonem. Rozważałam OE – ale najpierw chcę spróbować udoskonalić w/w metody 🙂 Kiedy mam podejrzenie, że w lesie może być zwierzyna (bo nie ma innych ludzi, jest bardzo wcześnie albo bardzo późno) albo zauważę ją przed Ramzim (tak… mój myśliwski golden nie zauważa 90% sarenek) to zapinam go na smycz. Póki co tylko raz pogonił sarenkę (na samym początku naszej znajomości) i raz dzika. Nie odbiegł dalej niż 50 metrów, ale nie chcę myśleć co by było gdyby postanowił kontynuować pogoń.
    Moim zdaniem odpowiedź na pytanie "Puszczać czy nie puszczać?" nie jest taka sama w przypadku każdego psa, jednakże lepiej, aby ogólna zasada brzmiała "Nie puszczać" i to od niej były wyjątki. Nie odwrotnie 😛

    1. Ja również nienawidzę trzymać psów na smyczy i wszędzie tam, gdzie to możliwe psy idą swobodnie przy mnie. Mam jednak zasadę, że gdy mijamy psa, i on jest na smyczy, ja biorę na smycz swoje psy – nic mnie bardziej nie irytuje niż obcy pies luzem podbiegający do moich psów na smyczy. Gdy mijamy rowerzystów, biegaczy schodzimy na pobocze i w siadzie przeczekujemy. Gdy mijamy matki z dziećmi zawszę biorę psy na smycz, ze względu na ich komfort psychiczny – co z tego, że ja wiem, że nie podejdą i oleją, skoro matka może się stresować, dziecko wywrócić i zrobić sobie krzywdę.

      I akurat przy ruchliwej ulicy, czy podczas spaceru poboczem również trzymam psy na smyczy – jestem pewna, że moja uwaga to jakieś 70% przypadków, wolę nie ryzykować, że natrafię na to 30% i mój pies skończy pod kołami samochodu. Nasze przywołanie to 90-95%, ale zawsze jest margines, którego nie jestem w stanie przewidzieć. Po prostu wolę nie ryzykować, inaczej, minimalizować ryzyko.

      W znanych miejscach psy biegają swobodnie, w nowych mają mocny monitoring. I jak już wspominałam jest wiele zmiennych, a główną jest stan umysłu psa na dany moment. Baloo ma 95% mojego zaufania, Ru jakieś 80%, szczególnie, że ona zamiast trzymać się przy dupie zwiedza krzoki 😀

      Gro ludzi nie ma zrobionego przywołania – dlatego jestem za ‘nie puszczać’ – zgadzam się z Tobą 🙂

      1. Gratuluję, że udało Ci się tak wypracować przywołanie. Super, że dbasz również o innych użytkowników dróg, pól, lasów itp. Jak widać po wcześniejszych wpisach nie wszyscy mają to na uwadze. Ja po prostu nie mogę mojej psicy spuścić na polach, jak wcześniej wspomniałam, pracujemy nad tym ale raczej nigdy jej nie zaufa,m. U nas w ogrodzie (dużym) ma na sumieniu dwa koty śmiertelne wspólnie z drugą naszą szuczką i jeden cudem uratowany. Nie było w tym naszej winy, bo te koty po prostu weszły na nasz teren ale widoku zabijanego kota przez moje kochane psy nigdy nie zapomnę. Poza tym ma na sumieniu kilka gołębii, szpaków i myszy. Teraz choć to pewnie dla niektórych chore, najpierw obchodzę teren (swój własny) z psami na smyczy i spuszczam je kiedy nie widze żadnego kota.
        Pozdrawiam

    2. Fajnie, że masz opanowane przywołanie w tak trudnych momentach, zgadzam się z opinią co do “puszczać czy nie puszczać” to kwestia indywiduwalna. Jedną moją sunię na polach mogę spuścić, pod warunkiem, że idę bez drugiej…

  14. Sukę w lesie spuściłam jedynie kilka razy. A po incydencie z zającem ( na szczęście Sara była na lince ) już nie spuszczam psa w lesie. Przynajmniej nie moją sukę. Przywołanie mamy, ale nie na tyle silne. Owszem gdy jestem na łąkach i otwartych polach, daję się psu wygonić. Spuszczam, na szczęście jeszcze się nie zdarzyło, żeby upolowała jakąś małą zwierzynę. Ale psa którego był u mnie jako dom tymczasowy mogłam spuścić wszędzie! A co najlepsze, to w końcu był terrier. Bo przecież instynkt… ale nie, nawet w lesie mogłam go spuścić. I spuszczałam wszędzie i kiedy tylko chciałam i mogłam. Tutaj przywołanie wypracowywałam od szczeniaka ( nie chwaląc się za co teraz dziękują mi obecni właściciele Q ). Jeleniowate, zając? Odwołanie było zawsze. I to idealne. Takie właśnie przywołanie i odwołanie mam nadzieję że wypracuję z czasem u Sary 🙂 Co do linki do dogtrekkingu itd. używam jedynie wtedy kiedy wymagam od psa ciągnięcia i ciągłego biegu, jeśli już coś, to linki treningowe :))

  15. Mało ludzi ma takie podejście do tematu jak Ty. Dla zdecydowanej większości nie liczy się komfort innych psów, ludzi, zwierząt. Piesek ma się wybiegać a szanowny Pan (lub pani) nie będzie sobie zawracać głowy tym co zwierzak w tej chwili robi…

  16. Post ciekawy, skłania do refleksji. My często wybywamy w las. Czy to na bieganie czy spacery. Generalnie Fado nigdy w lesie nie został spuszczony bo przywoływanie nie jest na tyle opanowane. Moje zdanie odnośnie spuszczania psów w lesie jest jednak cały czas takie same; pies powinien być pod stałą kontrolą właściciela. I bardziej się tutaj skłaniam do smyczy, linek treningowych niż do zaufania. Owszem fajnie jest czasem spuścić psa by się wybiegał. Tylko nie zapominajmy, że tak właściwie wchodzimy do obcego domu dzikich zwierząt. Sami nie lubimy gdy ktoś wchodzi do naszego domu i się mądrzy / ustala zasady itp. Wiele razy czytałam na internecie, że pies przywoływanie miał wypracowane na 100%, a jednak zdarzyła się sytuacja gdzie przy zobaczeniu sarny pobiegł w siną dal. Mimo, że kiedyś dziki zwierz nie stanowił problemu. Uważam też, że pies to pies. Nie potrafimy się z nim na tyle porozumieć aby dokładnie wiedzieć o co chodzi. W każdej chwili może coś opacznie “zrozumieć” i pobiegnie w dal. Takie sytuacje są niebezpieczne i dla, np. sarny, psa i właściciela. No i druga sprawa jest taka, że w lesie są podkładane różne urządzenia do szczepienia zwierząt, przynajmniej w naszym parku.

    1. Właśnie tego się boję, nagłej chwili ogłupienia, która może przeświadczyć o zdrowiu/życiu. Dlatego warunki spaceru dostosowuję do naszej formy umysłowej 🙂

  17. Niezmiernie cieszę się, że poruszyłaś ten temat!
    Odpowiedzialność właścicieli niestety pozostawia wiele do życzenia i trzeba mówić o takich (niby podstawowych) aspektach posiadania psa jak najwięcej.
    Od siebie dodam jeszcze, że nawet najspokojniejszy pies biegający luzem w lesie może zostać zwyczajnie (i zgodnie z prawem) odstrzelony…

    1. O tym wszystkim napisał właśnie Biały Jack – ja jestem trochę takim dygusem, jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa moich zwierząt, dlatego przywołanie to była najważniejsza sprawa do wypracowania w naszym domu.

  18. Trafne te “wymandrzanie się” 😉 Maro gdyby mógł to zaganiał by ptaki, zające i wiewiórki. Serce mnie bolało, jak nie udało mi się wystarczająco szybko zareagować i Maro pognał w las. Naszym obowiązkiem było wybić a raczej “wybawić” mu to z głowy. Ciężka praca, ale się udało. Teraz jak widzi ptaki, to znacząco patrzy się to na ptaki, to na nas, czy mu pozwolimy. Nasze “nie” przyjmuje czasami z lekkim prychnięciem, ale idzie ładnie przy nodze.

    Dzisiaj przed nami na drogę wykicał sobie zając. Marusiowi z wrażenia aż patyk wypadł z psyka. Był tuż pod naszymi nosami. Widziałam jak w głowie naszego psa zapada klapka Trubo Start. ALE … Thhhh tłum szaleje! Odwołałam go. Brawo, no barwo! Pies został zalany fontanną przysmaków. Łezka się w oku kręci. I natychmiast przypomniałam sobie o Twoim wpisie.

    1. I wspaniałe są takie zwycięstwa, gratuluję 🙂 Ja pozwalam czasem pogonić do wody za ptakami, ale wiem, że w każdym momencie Ru jest w stanie się wybić z transu i wrócić. Dwa razy złapała w ryjka podlotki i za każdym razem posłusznie wypluwała zwierzaka bez szkody dla niego.

      Uwielbiam takie momenty, chwile prawdy, jestem za każdym razem bardzo dumna z tych małych pracujących móżdżków <3

  19. Las to nasze główne miejsce spacerowe, bo wszędzie indziej głównie chodniki i pełno samochodów. Tylko w lesie i na podleśnych polach/łąkach mogę spuścić psy bez obaw, że rozjedzie je auto. Co ciekawe dzikie zwierzaki spotykam najczęściej właśnie na tych podleśnych terenach. Gdybym w 100% stosowała się do zakazu spuszczania psów w lesie, to moje burki mogłyby biegać bez smyczy jedynie w ogródku. Trudno znaleźć miejsca, gdzie nie ma saren czy dzików, bo one same kręcą się bardzo blisko domostw (dziki w szczególności, ale jeż czy zając w szklarni też się zdarzył, a do lasu jednak mamy kawałek).
    Sama nie zapuszczam się w jakieś gęstwiny i wybieram raczej otwarte przestrzenie (najlepiej uczęszczane też przez innych ludzi, bo wtedy czuję się jakoś bezpieczniej), gdzie łatwiej jest mi obserwować otoczenie. Nie pozwalam moim psom znikać mi z oczu nawet na ułamek sekundy. Tosiek w ogóle nie interesuje się innymi zwierzętami (chyba, że powinnam liczyć tarzanie się w padlinie pełnej larw :P), Gi natomiast kiedyś jeden, jedyny raz pobiegła za zającem (i to nie w jakiejś dziczy, tylko praktycznie między domami), ale bardzo szybko się odwołała. Od tamtego jednego incydentu mam jeszcze bardziej oczy dookoła głowy, naprawdę często widuję dzikie zwierzątka, zawsze przywołuję wtedy Gi do siebie i jest wtedy tak skupiona, że ani myśli cokolwiek gonić. Gdyby było inaczej, to na pewno nie odważyłabym się na spuszczanie psów w lesie, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo jego mieszkańców, ale też moich futer.

    1. O to między innymi chodziło – o bilans zysków/strat – jeśli ktoś ma odpowiednio przygotowanego psa i uważa, że nie ma zagrożenia, to nie widzę przeszkód – sama w “obcym” lesie w życiu bym się nie zdecydowała. W “swoim” myślę, że tak 🙂 Na szczęście takie dylematy mam tylko na wakacjach – u nas wieś, więc pola i mini zagajniki, u rodziców wieś zagajniki + jezioro 🙂

      I sama mam tak, że podczas spaceru w nowym miejscu, czy w miejscu podwyższonego ryzyka staram się nie spuścić psa z oczu. U siebie na polach trochę więcej wrzucam na luz, bo tu są po prostu olbrzymie przestrzenie. Bardziej mi chodziło o świadomość konsekwencji naszego wyboru i konieczność kontrolowania naszych drapieżników.

  20. Jestem osobom dbającą o kontakty moich psów z innymi, czy to ludzie czy psy, czy po prostu dzikie zwierzęta. Od początku uczone są, że do innych podchodzimy za moją komendą ‘pozwalającą’ i wtedy biegajta ile chceta aż nie pójdziemy dalej. Ze względu częstych wycieczek na ”zabite dechami” wsie nie ganiają nic bo nie mogą i wiedzą, że jak pogonią to i tak je złapie a potem zapne na smycz. Spuszczam na terenach które znam. To samo z lasami. Mam szlak w górach którym chodze od wieeeeeeeeeeeeeeeeeeelu lat i tam psa spuszczam, ale jak jade gdzieś ‘w nieznane’ to pas trekkingowy + długa smycz. Nie raz moja Salsa miała okazje poznać państwa Jeleniów, Zająców czy Dzików i mam do niej takie zaufanie że spuścić się nie boje 🙂

  21. Aktualnie nie spuszczam swojego psiaka w lesie, mimo dobrego odwoływania się. Nie boję się o to, czy mój pies poleci za sarnami, pobiegnie za małym zwierzątkiem, podleci do obcego człowieka, czy też zwariuje i ucieknie. Akurat Goya jest psem, który bardzo się pilnuje i nie odejdzie dalej jak na 50 metrów. W dodatku nie zrobi czegoś na co jej nie pozwolę. Nie spuszczam psa jednak ze względu na to, iż ludzie w moich okolicach są zarażeni znieczulicą i bezdusznością. Nie boją się wjechać w psa rowerem, kiedy ten po prostu idzie. Nie raz mój pies był wołany przez młodych ludzi po drugiej stronie jezdni, po której kursują samochody. Starsi ludzie natomiast potrafią zamachnąć się swoją laską, czy kijem, na którym się podpierają, bo ,,ten pies jest agresywny”. I są też zwykli ludzie, którym pies odpięty ze smyczy po prostu przeszkadza i zrobią raban o ,,byle co”. Ale żeby nie było, że tylko ludzie są tacy źli, to dodam, że w moich bliskich okolicach nie ma schroniska, więc kilka zdziczałych piesków biega sobie po ulicach, polach i lasach luzem. Już kilka razy doszło do ataku na mojego psa ze strony obcego i jedynym ratunkiem była wtedy smycz. Mogłam szybko zareagować i zabrać psa. Nie chcę myśleć co by było, gdyby tego łącznika wtedy nie było : o

    Ale w bardziej zaufanych miejscach, gdzie tych ludzi nie ma, a obce psy są grzeczne, albo właśnie nieobecne to jak najbardziej spuszczam psa aby się wyszalał 🙂

  22. Jak pies ma się nauczyć chodzić bez smyczy jak nie można go spuszczać. Jak chcecie to chodźcie jak zombi. Np taki Seter Irlandzki czego on nauczy się na smyczy ? A zachowania się wobec innych psów ? Rozpoznanie psa przyjaznego i nie przyjaznego. Pokazanie sygnałów uspakajających.

  23. Swoje rude w lesie spuszczam. Na zawołanie wraca, lat ma 13, ledwo łapkami przebiera, dzikich zwierzątek już nie dostrzega, bo słuch, wzrok i węch już nie ten sam.
    Drugiego psa nie spuszczam nigdy. Zawsze jest na smyczy. Pech chciał, że ktoś go wyrzucił. Pech chciał, że go przygarnęłam.Pech chciał, że to mieszaniec pointera.
    Przez zapaszki traci głowę, gonienie sarenek to ulubiona zabawa, a mnie nie śmieszy pisanie do schroniska i kilkugodzinne objeżdżanie okolicy.
    Okazało się dość szybko, że nie wolno mu zaufać, bo już na pierwszym spacerze, kiedy zerwał obrożę, licho go wzięło.
    Staram się od 8 miesięcy, ale to chyba jest właśnie ten nienauczalny okaz.

  24. Kiedyś popełniłam podobny tekst i dowiedziałam się dzięki niemu, że pies nawet sportowy nie jest w stanie zagryźć ani dogonić dzikiego zwierzęcia. A tak poza tym te sarny takie rozleniwione są. Serio. Włos się na głowie jeży. Ludzie nie mają wyobraźni kompletnie. Ja Cleo w lesie nie puszczam pomijając kilka bardzo licznie uczęszczanych szlaków w podwarszawskim lesie. Tam zwierząt nie trafiłam nigdy w ciągu dnia (rano i wieczorem potrzebna jest smycz).
    Dodatkowym argumentem obecnie jest to, że w każdym prawie dużym kompleksie leśnym są wilki. Nie zyczę przeciętnemu Pimpkowi spotkania z wilkiem z prostej przyczyny. Pimpek straci życie ew zostanie mocno poturbowany. No i dziki, one też do przyjacielskich nie należą.

    1. Ja wiem, że nie mogłabym ze sobą żyć wiedząc, że dopuściłam do tego, że mój ukochany pies zniknął w lesie i nie wiadomo gdzie jest, czy jest głodny, czy przerażony, czy się zgubił, czy jest na uwięzi…Bez bicia przyznam, że czasem pieski spuszczam w lesie, ale tylko wtedy kiedy jestem w stanie bez stresu panować nad nimi – widzę zaangażowanie umysłowe, idealne przywołanie, kontrolowanie mnie i owczarze przyklejenie do tyłka. W większości sytuacji psy po prostu są na pasie (o czym wspominałam)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *