Masz prawo reagować – rzecz o tym kim według mnie jest odpowiedzialny przewodnik.

 

Wpis mocno w duchu patriotyzmu lokalnego – oto ładne kolorowe pieski na ślunskich hołdoch.

Czytam ostatnio sobie dyskusje – na forach internetowych, w fejsikowych grupach i naszła mnie wręcz przemożna ochota moje wątpliwości ułożyć w notkę. No i proszę. Tym razem poruszę temat (a jakże!) współpracy z psem. Życiu codziennym, chwilach, których nie da się przewidzieć niczym kolejności ćwiczeń na zawodach, równowadze na linii człowiek – pies. No i też będzie o odpowiedzialności. Przysięgam, ostatni taki kaliber przed świętami! 🙂

Wiele postów napisałam o pracach nad budowaniem więzi i zaufania u psa i przeróżnej z nimi pracy “u podstaw” czyli o zwykłym, szarym życiu. Staram się pisać do Was szczerze, zarówno o naszych sukcesach, jak i porażkach. Dzięki temu wciąż się rozwijam i uczę. Znam charakter swoich ciapków i wiem, kto ma jaką tolerancję na dzieci, jak zmieniają się po wyczerpującym fizycznie i psychicznie dniu, jak reagują na ból i zaczepki i właśnie podług ich możliwości staram się dobierać kolejną aktywność (po trzygodzinnym spacerze z innymi psami raczej odpuszczam Ru nocną biesiadę w stadzie psów), Balowi, który jest histerykiem, w razie bolibrzuszka udostępniam kawałek kanapy i daję święty spokój izolując od zaczepek rudej. Oczywiście nie zawsze mam możliwość im odpuścić, co więcej czasem uważam takie wydarzenie za trening niezbędny do rozwoju (więcej tu), jednak zawsze staram się być przygotowana na to, że pies będzie musiał choć chwilkę odsapnąć (trochę o tym pisałam we wpisie o wizytach). Uważam, że to jest moje widzimisię, że znajdują się w moim życiu, że są członkami naszej rodziny, więc moim zadaniem i  obowiązkiem jest jak najbardziej im ułatwić sprawy, których nie są w stanie zrozumieć.

Oczywiście nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć sytuację, która może okazać się za trudna dla naszego psa – czasem dziki potomek Bethovena wypadnie z bramy i ugryzie w zad psa, który właśnie uczył się grzecznego przechodzenia ignorując dzikie wrzaski zza bramy (been there, done that), czy losowy australopitek rzuci nam pod nogę z bloku petardę psu, który ma fobię dźwiękową i ten wyskoczy ze skóry. Jednak im więcej czytam, tym więcej mam pretensji do…właścicieli niż otaczającego ich środowiska.

Często podczas opisywania problemu (fora, grupy dotyczące wychowania psa) w ostatecznym rozrachunku pada stwierdzenie “mój pies w końcu nie wytrzymał“. Często wtedy myślę sobie, że to nie wina psa, a właściciela. Umówmy się, że przewodnik jest dla mnie trochę niczym rodzic – pozwala swojemu podopiecznemu poznawać świat, uczyć się jak sobie poradzić w stresujących sytuacjach i reaguje, kiedy robi się za trudno. Wyznaję zasadę, że to ja jestem ostateczną instancją i to ja mam być bezpiecznym buforem dla mojego zwierzęcia. Skoro ma mi ufać i zwracać się  do mnie kiedy ma problem muszę wspierać go i pomagać, a to według mnie oznacza przerywanie trudnych sytuacji. U mnie najczęściej po prostu wołam psa do siebie, a jeśli obiekt stresujący się zbliża, wkraczam do akcji. Na upierdliwe burki większe i mniejsze to działa. W ostateczności pozostaje gaz pieprzowy. Upierdliwym ludziom najczęściej tłumaczę, a jeśli to nie działa – izoluję psa, wkładam go do klatki, albo odchodzę. Staram się nie dopuścić do sytuacji, w której mój pies zadecyduje za mnie.

Spójrzmy na moje podwórko – Baloo, jak wiele aussie jest mocno zdystansowany względem obcych ludzi. W pewnym okresie jego życia próbował okazywać to upiornym darciem gumiora na każdego obcego, próbującego pogłaskać go po łbie (jakżeby inaczej!), co mogło skończyć się kłapaniem. Wiedziałam, że pewnych sytuacji nie unikniemy, dlatego z naszymi gośćmi rozmawiałam i tłumaczyłam jak łagodniej zapoznać się z patafianem, a jednocześnie obserwowałam Bala podczas interakcji z obcymi. Kiedy widziałam, że jest na granicy wytrzymałości, po prostu zwoływałam go do siebie i obficie nagradzałam. W efekcie wciąż zachowuje mocny dystans względem nowo poznanych (Ania z Hundo ostatnio się o tym przekonała), ale znosi już wszystko z godnością. Co mocno mnie zadziwia, wyjątkiem są seminaria i zawody. Wtedy każda ciocia jest ukochana a każdy wujek to potencjalny Pan Mąż (znana sytuacja z Pól Mokotowskich, kiedy to Balu stwierdził, że nadchodzący mężczyzna to nasz PM, tylko że z nową mamą:P). Ru już raczej nie atakuje sama psów, potrafi bardzo sympatycznie przywitać się z nowym psem, ale lubi wpaść w histerię, kiedy pies choć burknie, uderzy ją w bok podczas gonitwy, czy wykona jakikolwiek ruch, który ona uzna za niebezpieczny. Dlatego oceniam jej stan umysłu i samopoczucie w grupie i od tego uzależniam, czy pozwalam na harce z resztą, czy raczej ograniczam jej środowisko do siebie lub zakładam kaganiec. Powoli też staramy się zwiększyć tolerancje na irytujące zachowania innych – mocno wzmacniam dzielne zachowania – próby ignorowania, grzeczne (!) upomnienia, kiedy druga strona przegina. Nieziemsko dumna ostatnio byłam na zbiorowym spacerze, no serio! 🙂

Trochę więcej piesków, tych samych, ale w innym miejscu.

Podsumowując – w sytuacjach trudnych zawsze patrzę na samopoczucie moich psów, mowę ciała i mimikę. Jeśli widzę, że wydarzenie narasta, i zaraz sięgniemy do granicy, w której mój pies może sobie nie poradzić, wtedy przerywam sytuację lub wkraczam do akcji starając się zapewnić bezpieczeństwo (nawet jeśli obiektywnie sytuacja nie stanowi wielkiego zagrożenia, ono istnieje tylko w kudłatej główce) i dobre samopoczucie psu. W mojej opinii to jest mój obowiązek i zarazem przywilej – mam prawo reagować gdy chodzi o samopoczucie i bezpieczeństwo moich podopiecznych.

Bardzo chciałabym, żeby mimo wszystko właściciele psów zdali sobie sprawę, że to tylko pies, nie maszyna. Ma prawo mieć gorszy dzień, gorzej się czuć i mieć mniejszą tolerancje na przeróżne zachowania. Uważam, że to naszym zadaniem jest pilnować ich samopoczucia, stanowczo ucinać próby naruszenia osobistych granic i chronić ich przed natrętami. To my jesteśmy  (czy raczej: powinniśmy być) tą mądrzejszą stroną, która jest w stanie pełniej oszacować daną sytuację. Mam wrażenie, że gdyby więcej osób postrzegało odpowiedzialność za swoje zwierzę właśnie w ten sposób, mielibyśmy do czynienia z mniejszą ilością buńczucznych wpisów jaki to świat zły, a Pusia niewinna. Najczęściej jednak okazuje się, że świat jest neutralny, Pusia robi co może, a to przewodnik trochu nawalił.

Ciekawa jestem Waszego zdania. Jak sądzicie? Czy właściciel rzeczywiście musi mieć oczy dookoła głowy, czy działacie na zasadzie “niech się dzieje wola nieba”? Jak reagujecie na sytuacje stresowe u swoich psów? 

 

Spodobało Ci się? Podziel się z innymi, będzie mi ekstramiło!
Share on FacebookGoogle+Pin on PinterestTweet about this on Twitter

12 komentarzy na temat “Masz prawo reagować – rzecz o tym kim według mnie jest odpowiedzialny przewodnik.

  1. Całkowicie się z tobą zgadzam, uważam, że kiedy dzieje się coś “złego” pies patrzy najpierw na mnie, jak ja reaguje. I kiedy ją w pewnych momentach nie odpuszczę , to jak ma się tego nauczyć pies, który uważa mnie za przewodnika?

  2. Swieta prawda! Ja zawsze obserwuje sytuację. Znam moja panienke. Widzę kiedy ona się niezdrowo wkręca na spacerze z niekorzyscia dla innych albo kiedy inny sierściuch za bardzo dokazuje z niekorzyscia dla niej. Wtedy odwołuje żeby granicą nie została przekroczona.

  3. O tak! Święte słowa! Podpisujemy się rękami i łapami!
    Szlag jasny mnie trafia jak podczas spaceru natrafiam na starego sąsiada, który to z dumą musi pokazać i zaznaczyć ”że on to do każdego psa podejdzie!” Owszem Apacz jest bardzo tolerancyjny w stosunku do obcych ludzi. Tylko dlaczego ten staruch musi się nachylać nad psem i w dwóch rękach tarmościć głowę psa?! Totalnie nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą przejść obojętnie obok nas. Bez pytania łapią i… głaszczą to za mało powiedziane. Duży pies a traktowany jak maskotka. Co do sąsiada to chwilę czekam i obserwuję Apacza po czym idziemy dalej bo sama nie mogę na to patrzeć a w razie możliwości omijamy starucha dużym łukiem. A najlepsze, że jakby pies capnął to by była jego wina i osądzenie o agresję. Ehh, nóż w kieszeni się otwiera!
    Ciśnienie podnosi się na samą myśl..
    Super notka 😉
    Ściskam :*

    1. A nie możesz powiedzieć sąsiadowi, że nie zgadzasz się na głaskanie psa, skoro przeszkadza Ci, że tarmosi głowę zwierzaka albo wytłumaczyć mu jak powinien głaskać? 😀 Może starszy pan nawet nie zdaje sobie sprawy, że robi coś niewłaściwego. O tym właśnie jest ten wpis, żeby reagować, a nie żalić się w internecie jacy ludzie są źli. To nie sąsiad robi źle Twojemu psu, tylko Ty, bo wyrażasz na to zgodę.

      1. Właśnie Natalia dobrze prawi – jeśli wiesz, że to psu nie odpowiada, spróbuj po dobroci z sąsiadem, jeśli nie da się po dobroci to unikałabym z nim kontaktu, po prostu dla dobra pieska.

        1. Niestety starszy pan jest takim typem człowieka, z którym nie da się normalnie porozmawiać i myślę, że wie co robi bo sam jest właścicielem psa. Ja codziennie uczę się asertywności i odwagi w takich sytuacjach.
          Dzięki za rady 🙂

  4. Wydaje mi się, że taki świadomy psiarz dobrze wie, że musi zawczasu reagować na sytuacje potencjalnie nerwowe. Natomiast jest niestety wiele osób, dla których pies to tylko taka dziwna ozdoba podczas spacerów i rzeczywiście dają oni swoim psiakom o wiele za dużo luzu.

    Nasza Legion reaguje na inne psy ogromną ekscytacją, więc bez frisbee i torby przysmaków nawet nie możemy wyjść na krótki spacer. Zawsze trzeba mieć coś, co może odwrócić jej uwagę od innych pupili 🙂 Niestety inni psiarze wcale nie pomagają…

    1. I tu się byś zdziwił…nie zawsze. Ale warto propagować takie postawy, bo myślę, że jest nadzieja, że coraz więcej osób będzie przykładało trochę więcej uwagi do swoich pupili.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *