Pieski na barykady!

Myślę, że wszyscy którzy nas czytają, mianują się miłośnikami psów, prawda? Ktoś zabłądził żeby otworzyć sobie czakry? Oczyścić pory? Uratować umysł od zguby? (Jakbyście zajrzeli do psiej szafy, to wiedzielibyście na sto procent, ze niczyjego umysłu nie uratuje, ba, swój dawno już został zgubiony 😛 )

Nno. Ustaliliśmy ze jesteśmy miłośnikami, i że idea posiadania psa nie jest nam obca. Cóż w związku z tym? Ano w związku z tym, proszę ja Was, notka. O tolerancji tym razem.

Wszelkiego rodzaju pasjonatów bardzo często zadziwia ten drugi biegun – czyli osoby które totalnie ziębi temat, który rozpala nasze łącza do czerwoności. Są takie osoby, które uważają psy za zło konieczne. Za samobieżne powody kup na chodnikach i porannych pobudek o 7 rano. Za klaki. Zapach mokrego psa i obrzydliwe maniery przy stole. Za kompletna infantylizacji dorosłych ludzi ( z dialogu w hartczakrowie dziś, Małgorzata piastująca dość poważany zawód, lat -1 do 30 ” a kto tu jest takim Balem? No kto? Takim Bałem nad Bale? Misio Bal? Czy Muczi-Puczi? “).

I wiecie co? Czasem się nie dziwie. Co więcej, mój zawód, siłą rzeczy mocno związany z psami i psiarzami, otworzył mi oczy. Jesteśmy jako grupa, która wymaga od osób niezrzeszonych akceptacji i poszanowania, mocno roszczeniowi i, było-nie było- trudni.

Troszkę tez poglądy przeorganizował mi Pan Mąż. Otóż jest to człowiek, który psa nigdy wcześniej nie miał w domu. Nie znał tej relacji, co więcej, uczył się jej i uczy cały czas, szczególnie, że ma w domu wersje psiarza hard – czyli w pracy – pieski, w domu – pieski, w weekend – pieski. Ma swoje granice, troszkę węższe zakresy tolerancji na psie odpały, potrafi znieść weekend bez piesków, generalnie należy do zwolenników zimnego wychowu (czyli, wg moich standardów głaszcze pieski tylko kilka razy dziennie, mówi do synusia “Balu rusz dupę” – o co kiedyś była afera z piorunami w domu, bo od tego tekstu uznałam, że jest to człowiek, który skrajnie nienawidzi psów), woli sypać suchą karmę do misek i na spacery chodzi tylko z Balem, bo Pucznik ścina mu białko w mózgu (jak wiecie, nie można mieć pretensji do Pana Męża) no i do tego, wstyd przyznać jest mniejszą fleją niż ja.

Czyli, przeszkadzało mu, na przykład okrywanie się kołdrą, z której wysypywała się tona piachu na twarz. Albo przeprawa do kuchni z psimi kłakami atakującymi zza rogu. Czasem irytuje się na niego, ze nie jest psiarzem takim jak ja, jako ze kocham tego mojego męża bardzo bym chciała żeby i on kochał pieseczki. W związku z tym w naszym domu bardzo często dochodziło do sporów i wymiany zdań – ja w głębi duszy chcąc na pewno, na siłę i na zawsze zaprzyjaźnić go z psami, wszystko odczytywałam za zamach na moją wielką potrzebę. Na początku jednak pijana radością, że posiadam oto własnego pierwszego psa, łamałam wszelkie ustalenia, na które się umawialiśmy (pies na meblach, odkurzanie, czesanie). PM, jako że jest człowiekiem do bólu spokojnym :  7 lat związku, głosu nie podniósł na mnie ani razu, przekleństwa z jego ust słyszałam dwa razy (na drugim biegunie jestem sobie ja, która płynnie klnie w dwóch językach szukając szczotki do włosów, szybko przechodzę ze stanu totalnego wkurwu do miłowania wszystkich). I – jak to on – nie mówił nic.

Potem zgodził się na drugiego psa. I też cierpiał, nie mówiąc nic. W pewnym momencie z którejś z rozmów wyszło, że sumie to umawialiśmy się na inne sprawy na początku, i niestety, musiałam dopuścić do swojego umysłu, że on ma prawo nie chcieć mieć piachu w łóżku i marzyć sobie o względnym (oj bardzo, bliżej mi zdecydowanie do Siusiakowej Pani Domu) porządku na podłodze. Pomyślałam mniej o sobie, a bardziej o jego potrzebach i wyszło z tego, że on wcale nie musi wychodzić codziennie na spacery z psami, bo ja z jego kabelkami nie wychodzę, że nawet osoba, która lubi psy, może nie przepadać za tymi ciemniejszymi stronami posiadania psa. Stanęło na tym, że spaceruje sobie z grzecznym Balem, a ja targam ten mój Puczinkowy krzyż (który nawet wśród psiarzy z krwi i kości jest uznawany za dopust boży :P). I wiecie co? Okazało się, że psy natychmiast przyjęły do wiadomości, że od dziś koniec ze spaniem na meblach. Mnie dużo przyjemniej śpi się w niezapiaszczonym łóżku, nie muszę odkurzać i czyścić kanap, i tak naprawdę po pierwszym żalu, już nie bardzo tęsknie za gnieceniem się we czwórkę na kanapie. Dużo lepiej podróżuje mi się w nocy boso do łazienki bez wrażenia, że jestem hobbitem spacerujacym po Shire.  Mam szansę lepiej pracować i dotrzeć do biało rudego mózgu wtedy, kiedy jesteśmy tylko we dwie. Tak naprawdę, kiedy emocje opadły i spojrzałam na posiadanie psa trochę jego oczami, to jestem mu wdzięczna, że dzielnie wszystko znosił, ba, znosiłby jeszcze. Że nigdy nie próbował stawać na granicy, że nie dawał ultimatum, tylko wykonywał swoją część. Co więcej, od kiedy postanowiłam szanować jego zdanie nie miałam chwil zamartwiania się, że coś jest nie tak, że męczę go moją pasją, a i jemu łatwiej jest bez wrażenia, że liczy się w domu mniej niż pies.

Z czasem doszło do mnie – nie każdy może nie każdy chce i nie każdy potrafi zbudować relacje i zachwycać się kupka futra. Ba, nie każdy musi. Sęk w tym, żeby będąc psiarzem zdawać sobie z tego sprawę. I nie utrudniać. Nie piętnować. Żyć z tym, po prostu. Sąsiadka spod “dwójki” ma prawo nie życzyć  aby uroczy Maksio piłował ryja od 7:30- 17. Ja również bym sobie nie życzyła. Jako właścicielka rozdartych stróżujących psów staram się tamować ich zapędy i sprawiać, żeby to co wymknie się spod kontroli. Co więcej, ciągłe darcie i ujadanie psa w bloku doprowadzało mnie do szewskiej pasji, mieliśmy takiego pieska piętro niżej. Ma-sa-kra. Całą rodziną uwielbiamy psy, ale na ten dźwięk skóra nam odchodziła płatami.

Nie-psiarze maja również prawo irytować się na kolokwialnie rzecz ujmując wszechobecny syf na przedwiośniu. Na upstrzone chodniki, na przykre niespodzianki na płacach zabaw przeznaczonych dla dzieci. Mogą zwracać uwagę (o ile czynią to w sposób grzeczny) i przypominać. Chyba nikt nie lubi włazić w kupsko, nawet jeśli wypadło spod ogona Interchampiona Lichtensteinu. A propos – nie tak dawno byłam na międzynarodowej wystawie psów w Opolu, tam chodniki były gęsto zasłane produktami przemiany materii wielkości głowy Bala. Pierwsze pytanie nasuwało się – na litość czym ci psiarze karmią te psy. Drugie – na litość, dlaczego miłośnicy zwierząt pozostawiają po sobie takie okropne wrażenie? Mają psy drogie, zdobywają laury, walczą o pierwsze miejsca, jednocześnie udając, że nie widzą jak piesek składa się do dwójki. To był pierwszy dzień wystawy, nie chcę nawet myśleć, jak wyglądał drugi. Worki na kupy nie kosztują kroci, śmietniki były dość gęsto. Po co zostawiać po sobie taką wizytówkę? Ja na miejscu właściciela hali pierwszy i ostatni raz udostępniłabym ją pod wystawę. Osobiście mamy jednego osiedlowego obsrańca, rasy west highland white terrier, który jest łaskaw walić kupę centralnie pod naszą bramą. Niestety, właściciel cierpi na selektywną ślepotę, przez co docierając do naszej bramy, wbija ręce w kieszeń, i natychmiast po zdeponowaniu materiału oddala się w stronę domu. Szczerze mówiąc, kiedy pierwszy raz to wychwyciliśmy mieliśmy ochotę powtórzyć pomysł Adasia Miauczyńskiego.

Maja również irytować się (jako i ja irytuje się niezmiennie) na radosna  niefrasobliwość losowego Kowalskiego w parku wraz “onnicniezrobi” i “chcialasietkkoprzywitac” (A już osoby, które wchodzą bez psa zapiętego na smyczy do lecznicy pełnej zestresowanych zwierząt, biłabym chodakiem. Do nieprzytomności.).Nie wiedzieć czemu, w tej dyscyplinie celują mężczyźni w średnim wieku. Ja w takich sytuacjach również puszczam luzem moje psy. Szczytem bezczelności był losowy pan na polach, który pełen wątpliwości zapytał, mając swojego psa spuszczonego ze smyczy ,czemu ja nie biorę moich psów na smycz, czy się nie pogryzą. Nie wiem, czy się nie pogryzą. Wiem, że ja panuję nad swoimi, i lepiej nam wszystkim będzie jeśli one nie będą ograniczone smyczą w razie ataku.

Tak, przyznaje się i mnie zdarza się nie lubić cudzych Tofików. Mam alergie na bezmyślność właścicieli, tym bardziej, że jestem miłośniczka psów. Staram się uszanować punkt widzenia innych – zbierać psy do siebie podczas mijania biegaczy, rowerzystów, spacerowiczów. Zbieram kupy po psach i hasam z nimi potem sześć kilometrów w woreczku. Staram się ignorować (bo miła być nie umiem) pieniaczy, którzy nienawidzą psów, wręcz tym bardziej staram się nie dopuścić do momentu, żeby ktoś miał o co się przyczepić. Sprzątam po sobie, pilnuje żeby psy nie zaczepiały innych osób, nie krzyczały, nie bruździli – co niestety odróżnia mnie od wielu ludzkich rodziców, tak nawiasem mówiąc, obserwacje na gorąco po niedzielnym obiedzie na wielkopolskim rynku.

Zawsze bardzo mi przykro, kiedy ludzie nie starają się zrozumieć punktu widzenia oponentów. Wydaje mi się ze nie zdają sobie sprawy z tego, że często to nasz upór i nasze buractwo zaognia spór. Bardzo chciałabym, żeby wraz z rozszerzaniem się wiedzy o kynologii, wciąż pamiętać o kulturze. To, że pies potrzebuje odpowiedniej dawki ruchu, że fajnie go zabierać ze sobą w różne miejsca to jedno. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy nasze widzimisię nie sprawia, że ucierpi na tym każda osoba, która pojawi się w zasięgu naszej smyczy.

Spodobało Ci się? Podziel się z innymi, będzie mi ekstramiło!
Share on FacebookGoogle+Pin on PinterestTweet about this on Twitter

24 komentarzy na temat “Pieski na barykady!

  1. Bardzo fajny tekst. Podoba mi się Twoje zrozumienie podejścia PM. Ja mam czasami z tym problem i muszę nabrać dużo powietrza by najpierw zamknąć usta i później nagromadzoną parę wypuścić uszami. Po tym mogę na spokojnie przemyśleć, co Marcin chciał mi przekazać. I przyznać mu rację. Jeśli chodzi o drugą część posta to cóż, opisałaś typowych psich Januszy. Ja mam psa a sama nie cierpię takich typów. Niestety, jak to w życiu bywa, najczęściej ich spotykam.

  2. Baaardzo dobry wpis, zauważyłaś najważniejszą rzecz, która obecnie moim zdaniem wygasa – kultura. Niewielu jest kulturalnych ludzi i nie mam tutaj na myśli jakiejś grupy osób. Społeczeństwo robi się roszczeniowe, mają innych ludzi za nic, bo przecież akurat ten osobnik jest najważniejsza na świecie i tylko jego zdanie i potrzeby się liczą.

  3. Normalne i zdrowe. Wychodzę z założenia, że psy są moją fanaberią, nie całego osiedla. Ale i tak trafisz na rozmiłowaną w pieskach Grażynę, która jak niepodległości będzie bronić jazgotania, wszak “pies jest od tego, żeby szczekać”. Zawsze też wychodzi, że rzeczona Grażyna mieszka w strasznej patoli, bo “sąsiedzi libacje urządzają, młodzież tłucze się po piwnicach, a dzieci tak drą mordy, że skóra cierpnie 😛 – a piesek biedny, poszczekać nie może”.

    Natomiast mam wrażenie, że problem sięga głębiej w ogólny stan społeczeństwa – mniej więcej w te rejony, które każą mamusiom rozmiłowanych w swoich pociechach uważać, że dziecko na stole restauracji wykonujące popularną akurat piosenką, to fenomenalna sprawa i i kto się nie zachwyca, ten szaleniec i zwyrol. Kiedyś wdałam się w przepychankę słowną z dziewczęciem, które pojąć nie mogło, jak baba szarpiąca się ze swoim psem śmiała ją prosić o wzięcie jej własnego psa na smycz – wszak ona nad swoim panuje, a że ta frajerka nie… Na moje “nic cię to w sumie nie kosztowało, a obca kobieta NIE WIE czy twój nie podejdzie, bo wszyscy na co dzień spotykamy takich, co to ich pieski nigdy w zyciu, panie, pierwszy raz” tak się zapieniła, że olaboga o raty, to JEJ PRAWO, dlaczego jej pies ma cierpieć (ekhm… przez wzięcie na 30 sekund na smycz…). Niektórym po prostu do łba nie przyjdzie, że mogą być tak zwyczajnie i po prostu uprzejmi i widać to w środowisku nie tylko psiarskim.

    Ja z jednej strony mam kosmiczne wymagania wobec społeczeństwa – oczekuję, że zostawią mnie i mojego psa w spokoju, ale z drugiej naprawdę dużo pracy wkładam w to, żeby moje psy nie były postrachem osiedla (choć Panda sabotuje moje wysiłki) i to ja staram się schodzić na trawnik czy zmieniać trasę spaceru, jeśli widzę, że ktoś przede mną gotów jest spieprzać w krzaki. Ale są ludzie o mentalności królów świata, którym “się należy”, a uprzejmość to dowód słabości. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

    1. Dokładnie tak. Ostatnio modne stało się śmianie z “Madek”, a tak naprawdę gro psiego społeczeństwa w wielu aspektach przypomina rozmiłowane mamusie. Przykro i smutno czasem się patrzy, a mnie ciśnienie podnosi się jakby bardziej.

  4. Jak zwykle w punkt! Mam bardzo podobne odczucia i przemyślenia. Szczegolnie jeśli chodzi o potrzeby Pana Męża, dlatego też w nowym mieszkaniu mamy w drzwiach bramkę. Prawda jest taka, że dopiero kiedy zaczniemy dostrzegać potrzeby innych osób i je szanować, dopiero wtedy Ci inni zrozumieją nasze. Ale nigdy nie będzie tak, że tylko jedna grupa ma prawo wymagać, a inni muszą się dopasować…

  5. Tak jak ty rozumiesz PM, tak ja muszę w końcu zrozumieć resztę mojej rodziny. O ile u was problemem były psy na meblach, o tyle u mnie jest to, że rodzice w ogóle nie chcą psa w domu. Co do sytuacji u weterynarza – my dzisiaj jedziemy i mam nadzieję że odbędzie się bez niespodzianek. Bo na widok psa który chce pogryzć mojego, jestem w stanie pozostawić dotkliwy ślad mojego buta na tyłku właściciela 😛

    1. Bardzo nie zazdroszczę – ja wyrosłam w domu, gdzie rodzice bardzo kochali zwierzęta, więc mam to we krwi 🙂 To musi być bardzo trudne, bo o ile mieszkamy z chłopem, jesteśmy na tych samych prawach, a jednak jeśli mieszkasz z rodzicami, to trochę trudniejsza sprawa.

  6. Bardzo fajny tekst 🙂 ale ja chce wspomnieć o jeszcze jednej stronie, z ktora spotykam sie nagminnie, a jest nia brak wyrozumialosci nie-psiarzy. Ide z tym moim psiakiem, no duzy jest, ale idzie na smyczy obok mnie, grzecznie, nic nie robi, a pan po drugiej stronie ulicy wola do mnie dlaczego pies nie ma kaganca i co ja sobie wyobrażam. Druga sytuacja – jestesmy w gosciach, pies dostal biegunki. Ja cala zestresowana, probuje znalezc kawalek zieleni, ale ni huhu nie ma, osiedle, bloki, no i zalatwil sie na trawniku, wstyd mi bylo, ale co mialam zrobic? Ciecz posprztac? Gnalam dalej gdzie byl kawalek bardziej dzikiej laki. A pan na mnie z geba zebym posprzatala po psie. Tlumacze sie, prosze o wyrozumialosc.
    Przychodza goscie do moich rodzicow i dokagaja sie zamkniecia psa w piwnicy, bo oni sie boja. Dodam, ze pies przy mnie, nie podejdzie do nich (chociaz zazwyczaj mu pozwalam, zeby powachal nowe osoby) wiec nie rozumiem o co tyle szumu. Oczywiscie psa nie zamykam, tylko zabieram sie i wychodze, bo krew mnie zalewa. Sami niech sie zamkna w piwnicy.
    Ide OBOK parku, gdzie oczywiscie jest zakaz wchodzenia z psami, a babka wola z drugiego konca parku, ze straz wezwie, ze tu nie mozna z psami.
    Eh ulalo mi sie troche.

    1. To jest druga strona barykady – ja również nieraz napotkałam nieżyczliwych ludzi na swojej drodze – wychodzę z założenia, ze na to niestety nic nie poradzę – tak będzie i już.

  7. Mnie osobiście bardzo drażni, smuci i irytuje pozwalanie psom wchodzenia na łóżko w hotelach. Z doświadczenia wiem, że psiej sierści sie z poscieli nie dopierze. A pieseczek nie musi spac w lozku w hotelu, nawet jeśli w domu spi. Nic mu nie będzie, jak sie przespi na dywanie, klatce, kocyku. My psiarze sami sobie szkodzimy i powodujemy niechec hotelarzy dla psow. A po co? 😁

  8. Tak samo mnie krew zalewa jak widzę zdjęcia zadowolonych piesków jadących pociągiem na siedzeniach, albo opisy takich podróży. Nie zwróciłabym pewnie na to uwagi, gdybym nie jechała kiedyś na miejscu po takim piesku. Godzina jazdy na rozmowę kwalifikacyjną o pracę w przedstawicielstwie… Czarne spodnie w kant – całe w piachu i włosach, elegancka marynarka – we włosach. A po podróży, a przed rozmową rozpaczliwe poszukiwanie toalety żeby się z tego wszystkiego doczyścić.

    Z drugiej strony jako właścicielka suki i osoba ZAWSZE I BEZWZGLĘDNIE sprzątająca po swoim pupilu czuję się ofiarą nagonki. Często ludzie krzyczą do mne o sprzątanie kiedy suka tylko sika. I zaczyna się tłumaczenie, że to suka i że dziewczynki siusiają na siedząco. A przecież worki mam zawieszone na specjalnych etui przy smyczach lub nerce – więc wydawałoby się, że jest to jasna deklaracja zamiarów.

  9. Chyba mamy tego samego męża;) więc dokładnie pod całym tekstem mogłabym podpisać się rękoma i nogami. I łapami:) Poza nie-psiarzami, irytujący bywają również inni psiarze lub “psiarze”, ale zawsze za najlepszą metodę uważałam zacisnąć zęby i iść w swoją stronę. Nie mój cyrk, nie moje małpy (nie dotyczy oczywiście sytuacji ekstremalnych, niebezpiecznych itp.). Nie ma sensu tracić własnego zdrowia przez głupotę innych.

  10. Mądrze.
    Mnie dalej boli że mieszkająca z nami moja mama głaszcze psa DOSŁOWNIE raz na rok i to tylko wtedy, gdy dostanie ode mnie za to czekoladę. A mamy czworonoga od 7 lat.
    Na spacery wychodzi, ale chyba nigdy nie było to dłużej niż 20 minut. A i to dlatego, że na początku miałyśmy chomika i musiałam w tym czasie zmienić mu ściółkę…
    Ostatnio jednak zapalił się płomyczek nadziei. Mama dowiedziała się od lekarza, że ma się ruszać pół godziny dziennie, najlepiej maszerować. Udało nam się pójść na spacer razem, na 3km (dla mnie nic, ale dla mamy… z psem…). Co więcej, dała się namówić na rzucenie Pimpkowi piłki! Tylko pierwszy rzut, kiedy nie była jeszcze obśliniona ale to już coś!

  11. Ja właśnie z natury jestem osobą która stara się nikomu nie przeszkadzać. Szanuję zdanie innych. W moim domu psy śpią tylko w moim pokoju, wszystko co psie tam właśnie trzymam. I chociaż śpią prawie tylko w swoich klatkach to syf jest i tak;). Nie mają praktycznie wstępu do pokoju rodziców, karmię je w kuchni ale codziennie ścieram ślinę z podłogi ;). Jestem im wdzięczna za to że mi na moje psy pozwalają i staram się jak najbardziej szanować to że sami pisarzami nie są.

    1. Super, bardzo mi się podoba takie podejście, szczególnie że z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo – no bo przecież moje pieski są TAKIE UROCZE JAK ICH NIE KOCHAĆ 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *