Hygge po psiemu

Okładki tych książek są tak niedorzecznie piękne, że musiałam!

 

Kojarzycie ten moment, kiedy wracacie z zimnego, deszczowego spaceru, wskakujecie w ciepły dres, miękkie kapcie, a psy niemal natychmiast padają przed kominkiem i zaczynają posapywać przez sen? Albo te chwile, kiedy jest piękna pogoda, wy spacerujecie spokojnie pustą ścieżką, a wasi potomkowie wilków kłusują tuż przy was z nosem przy ziemi i ogonem na sztorc, co chwile odwracając się w Waszą stronę z roześmianym ryjkiem? Albo ta chwila, kiedy wracacie zmęczeni ze świata, przekraczacie próg domu trochę przetrąceni przez życiowy autobus i zalewa Was fala brokatu, konfetti i okolicznościowa orkiestra dęta, bo raczyliście pojawić się w domu, powróciliście niczym Odys do swojej Itaki, prosto w epicentrum psiej radości? To właśnie jest hygge, psia edycja.

Tak naprawdę, to wymysł Duńczyków, to wszystko, co wywołuje uśmiech na Waszej twarzy. Jest jednocześnie wspólne i osobne dla każdego z nas. Składa się z małych puzzelków, dobrych chwil, w których czujecie, że żyjecie. To swoiste celebrowanie najważniejszych wartości w życiu: rodziny, domu, zdrowia. Zazwyczaj nie jestem podatna na przeróżne nurty, nie łapię się wszystkiego, co w danej chwili jest modne, ale w momencie, w którym poznałam to słowo, okazało się, że cały czas żyję hyggelig, nie zdając sobie z tego sprawy!

Takie uczucie daje mi spacer w bajkowych okolicznościach – pięknym miejscu (wyjątkowo ładny las, jezioro), warunkach atmosferycznych (złota godzina, biały puch, mgła) czy z odpowiednią drużyną (najbliżsi psi kumple, pogadanka z przyjaciółką, rodzinny spacer). Takie uczucie daje start w zawodach, które z jakiegoś względu okazały się dla nas przełomowe – niekoniecznie musiały oznaczać pudło. To naprawdę dobry trening – czy przepracowany został jakiś problem, czy po prostu warunki atmosferyczne były takie, że tylko wspominać. To nawet minięcie psa bez szamotania się i dantejskich scen. To ten promyczek, ułamek sekundy w którym jest Wam ciepło na sercu, szczęśliwie, przytulnie i radośnie zarazem. Ta chwila za moment mija, ale była, jest i warto dążyć do tego, aby ja powtórzyć. To tak jak podczas pracy z psem, pozytywne wzmocnienie, niczym deszcz parówek za wykombinowanie, żeby założyć łapkę na nos.

Jeden z fajniejszych wypadów, to całkowicie spontaniczny, zbiorowy wypad w góry na jeden dzień.

Niedawno pisałam Wam o bucket list. Dzięki prowadzeniu bujo trochę łatwiej wyłapywać mi te dobre chwile, cieszyć się pierdółkami i celebrować dobry zwykły dzień. Myślę że dla wielu (w tym dawnej mnie) brzmiałoby to sekciarsko i bardzo sztucznie, jednak im dłużej udaje mi się zauważać te drobne promyczki podczas dnia, tym lepiej mi na duszy podczas tych gorszych momentów. Co więcej, mam wrażenie, że relacja z psami wzbogaca się o nowe, wspólne doświadczenia, na czym zyskujemy wszyscy.

Spacery z Sheldonem to jedyne chwile, kiedy jesteśmy w stanienagadać się z siostropsiapsiółą od lat, znaleźć czas żeby odpocząć od naszego zawodu, naszych stresów i domowych problemów. I spotkać się chociaż raz na miesiąc.

Sama wiem jak bardzo warto mieć coś tylko swojego, dzięki czemu nawet w chwilach kiedy dostajemy kopa od życia prosto w nerki, mamy w myślach “jak dobrze, że mam jeszcze to, nic mi tego nie odbierze“. To tarcza ochronna, dzięki której łatwiej jest mierzyć się z codziennymi stresami. Jeśli dom szwankuje – smycz, kalosze i w drogę. Jeśli szkoła i praca dają po mordzie, światełka, herbata, kocyk i ciepłe psie futro pod pachę. Nie zawsze się da, ale ja zauważam, że coraz łatwiej mi znaleźć, nawet w tych chwilach, które wydają się do szpiku kości smutne i bolesne, że mam Pana Męża, który zawsze potrafi opowiadać malownicze pierdoły o wszystkim, żebym tylko parsknęła pod nosem, rodziców, którzy obsztorcują przez telefon, mam te moje ciapki, które czytają moje emocje, i starają się na swój psi sposób mnie wesprzeć (nawet Nenusia ostatnio wtuliła pyszczek jak dorosły pies, kiedy było mi smutno, dzielna mała!). Dzięki temu jestem silniejsza i bogatsza o te swoje małe momenty, dzięki którym mój dzień już nigdy nie jest totalnie beznadziejny.

Kto nie lubi lenistwa ze szczyptą dumy z wcześniej odwalonej, dobrej roboty?

Poza tym wszystkim, nie znam przyjemniejszego momentu podczas wolnego dnia niż ten, kiedy wracamy zmęczeni z porządnego spaceru, psy układają się gdziekolwiek bądź, my mamy czas na swobodne poleniuchowanie bez wyrzutów sumienia. Zawsze warto znaleźć chwilkę, w której zatrzymacie się, zobaczycie jak ten piesek mocno śpi, jak rusza łapkami przez sen, jak się przeciąga. Wtedy mentalnie puchnę z dumy, i klepie się po łopatkach uważając, że odwaliłam kawał dobrej roboty. Nawet jeśli tego dnia niebo zawaliło się z hukiem na głowę, zawsze pozostaje zapach popcornu z psich łapek i kilka leniwych pacnięć ogona o panele. I nagle rozświetlone oczy, albowiem parówka właśnie wjechała na talerz. Hasztag małe szcześcia. Małe hygge.

A jak tam u Was? Celebrujecie chwile? Czym jest Wasze psie hygge? Potraficie znaleźć swoje własne źródło pozytywnej energii? Czy i Wam psy pomagają? Trafia do Was ta idea, czy pozostajecie niewzruszeni na tego typu teorie?

18 komentarzy na temat “Hygge po psiemu

  1. Oj, ja odkąd opuściłam maminego cyca i zaczęłam budować swoje gniazdo, staram się celebrować każdą chwilę. Życie chwilą, docenianie jej, to są tak nadużywane słowa, że zdają się tracić na wartości. Wymięto je, przemielono i zrobiono papkę dla mas, a prawda jest taka, że to cały sens naszego bycia. Właśnie te chwile, które zapamiętamy. Codzienne czynności zlewają się w jedną i to te pojedyncze fajności są tym co później pamiętamy. Vuko bardzo mocno pomógł mi w zwykłym cieszeniu się drobnościami. Latem, gdy wchodzę z nim razem do jeziora i taplamy się w wodze, a słońce grzeje nam twarz. Albo gdy potem wracam do auta boso i kaleczę sobie stopy przez szyszki, co ma swój urok 😉 Zimowe zwinięcie się w kłębek po długim spacerze w chrupiącym śniegu. Nowo odkryte, dziwne i ciekawe drzewo podczas spaceru. Ładna pogoda, uśmiechnięty człowiek po drodze do domu. Łapię wszystko, jak się da 🙂

    1. Ja dom rodzinny opuściłam jakieś 10 lat temu, studiowałam daleko od domu, więc w sumie studenckie życie nijak się miało do pracowania i życia rodzinnego. Trochę przytłoczyła mnie praca, obowiązki i konsekwencje, i teraz powoli, powoli dochodzę do siebie dzięki takim prostym chwytom 🙂

  2. Ja mam hygge psie i kocie. Dla mnie to pełnia człowieczeństwa. Pies grzejący stopy i kot mruczący na kolanach. Na ten widok, i to doświadczenie zawsze roztapiam ( roztapiałam i będę roztapiała) się jak masełko 😉 Jedyna pozycja i chwila, kiedy czuję, że jest równowaga w tym wszechświecie…

  3. Na hygge pierwszy raz trafiłam na blogu Zosi (międzygatunkowa rodzina). Już wtedy mnie to zainteresowało, jednak Ty napisałaś to w tak fantastyczny sposób, że trafiło to w moje serduszko. Już wiem, co będzie na mojej liście do Mikołaja <3 Potem jeszcze dopytam Cię o dokładne nazwy i autorów <3
    Pozdrawiamy z Beethovenem!

  4. Dokładnie tak! A najpiękniej jest, kiedy wychodzę z pracy psychiczne zmaltretowana (bo ja ludzkie szczenięta uczę, a to naprawdę potrafi dać… w kość) i widzę mojego Męża z Psem. Obaj z uśmiechami na twarzy/ryjku. Nigdy nie wiem, którego witać najpierw, więc skaczemy sobie radośnie cała trójka i machamy ogonami. A po spacerze herbata i pies wtulony w moje kolana, to naprawdę jest super-hiper hygge.

  5. Zapach popcornu z psich łapek – tak, tak, tak! Rany, jak mnie ten zapach uspokaja. Jak miło ze strony mojego burka, że pozwala mi się wąchać 😀

  6. Mam dokładnie tak samo 😀 wyjęłaś ten tekst z mojej głowy 😉 nie dalej jak wczoraj myślałam o psio- ludzkim hygge 🙂 moje hygge po polsku znaczy ‚milutko’… 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *