“I że Ci nie odpuszczę, aż do śmierci” – czyli o weryfikowaniu swoich metod szkoleniowych słów kilka

Mam ostatnio czarna dziurę w głowie, jeśli chodzi o pisaninę do Was . Powoli wiele rzeczy i w życiu mi się prostuje, a wciąż ta cisza na łączach i upiorna zaćma i natłok tematów, które może i bym liznęła jakoś, ale wydają mi się zbyt trywialne a słowa nie chcą jak dawniej zlewać się w jedno.

Posucha, panowie i panie.

W planach mam post o Słowenii (wymaga przypomnienia i reaserchu, wiec boli :P), myślę nad nowym projektem, ale po drobnym fiasku jego szkicu, trochę nie mam odwagi się brać za niego ponownie. Ale o tym kiedy indziej, jak zbiorę odwagę.

Dobrze. Utyskiwania możemy uznać za skończone, a z natłoku pytań, które od Was dostaje często jednak przewija się temat Ru. Postanowiłam zatem, w ramach przeprosin podrzucić Wam najbardziej gorącą z bułeczek wpisowych, które zawsze Was nurtują, zadziwiająco wiele z Was wskazują niezmiennie, że właśnie ów rudy upiór jest Waszym ulubionym pieskiem oraz generalnie wincyj Ru, co u Ru, prześlij Ru Paczkomatem (próbowałam, nie mieści się w największy gabaryt).

Kilka lat temu podesłałam wam ten wpis (Pies reaktywny:instrukcja obsługi) i tam podpowiedziałem Wam w pigułce jak sprawa się ma.

W międzyczasie coraz więcej widziałam, uczyłam się, i, nie okłamujmy się dojrzałam. Popełniłam wiele błędów od nieumiejętnie kładzione presji po „ a ja wam pokażę, ino popacz”.

Ostatecznie,doszłam do zaskakująco, zawstydzająco prostych wniosków.

Aby nie być gołosłowną, ten tekst otwieram zdjęciem Pucznika, który zjadł jadowitą gruszkę i jest wielce zadowolon z tego faktu.

Mój trudny pies potrzebuje prostego życia

Aż tyle i tylko tyle. Nie wiem, czy to prawda uniwersalna dla wszystkich reaktywniaków, czy tylko dla mojego, ale Ru mózg pracuje najlepiej, kiedy wystawiony jest na minimum bodźców. Jak Wam wiele razy wspominałam, ona bardzo potrzebuje rytuałów (i pilnuje ich jak szalona). Potrzebuje jasnego przebiegu dnia, wyraźnie zaznaczonych miejsc na odpoczynek, swojego legowiska, miski, stada i swojego domu.

Przebodźcowana, zajechaną i zmęczona, wbrew pozorom, nie robi się wcale zrównoważona i spokojna. Robi się agresywna, pobudzona i bardzo nieszczęśliwa.

W obcych miejscach, nie potrafi znaleźć swojego tempa przez długie dni. Ciężko jej położyć się (nawet w klatce tylko drzemie, głównie czuwa). Prawdziwie odpoczywa w miejscach, które zna, dokładnie, wręcz kładzie się tam, gdzie zawsze, gdzie wie, że jest bezpiecznie i wszyscy aprobują. Nie przepada za spacerami z innymi psami. Źle się na nich czuje, bo wie, że nałożyłam na nią pewne ograniczenia  (szczęśliwie dawno minęliśmy fazę“dlaczego nie mogę mu trzasnąć zębami, nie mów mi jak mam żyć”) i czuwam. Wie, że musi się pilnować, a z drugiej strony właśnie to rozwala ja kompletnie.

Jest pieskiem o bardzo niedużym rozumku emocjonalnym, nie potrafi do końca czytać i wysyłać CSów, i myślę, że w kategoriach człowieka, byłaby rozpatrywana jako lekko upośledzona – tak traktowana jest przez większość psów. Znakomita część psów jej nie lubi ( pewną grupę niebezpiecznie pobudza), reszta traktuje ja jako wariata – ustępują, odpuszczają, nie chcą dalszego kontaktu. Gdziekolwiek się nie znajdzie, wprowadza atmosferę napięcia i niepokoju (rusza się w specyficzny sposób, popiskuje, nerwowo porusza się inochodem, kolebiąc na boki). Swoje domowe stado wychowała do tego stopnia, że oni jej odpuszczają. Czasem, mogłabym przysiąc, że przewracają oczami nad jej wariackimi zachowaniami, ale po prostu odchodzą, odpuszczają, dla świętego spokoju (oczywiście nadzoruje jej debilizmy i staram się, żeby nie była nazbyt uciążliwa również dla nich, ale doceniam mądrość bluemerle piesków, kiedy rude rzuca się szczupakiem z okrzykiem WON TO MOJE na róg, na który ktoś tylko spojrzał przelotem, czy usiłuje trzasnąć zębami w powietrzu na starą sukę, myśląc, że tego nie widzę).

Ach, wspominałam, że miewa epizody petit mal, a jej rodowód jest obciążony padaczka?

W związku z tym, że nie potrafiłam znaleźć do niej kluczyka ( a jakimś cudem udało mi się uzyskać bardzo dobry posłuch w jej mózgu nawet, kiedy wybija go na pięćsetną orbitę pobudzenia), uznałam, że robota zrobiona na polu posłuszeństwa, czas teraz pójść w stronę zdrowia psychicznego tego rudego pomiotu. Postanowiłam  zatem pójść tropem innych, którzy mieli podobne przygody, nie, że to moja prawda objawiona.

Pucznik w środowisku naturalnym 😀

 

Spokojne życie. Mało pobudzeń. Obniż swoje oczekiwania. Pomóż jej, staraj się zrozumieć.

Zawsze będzie pieskiem, który naprawdę ogromnie dużo mnie nauczył, i, jak żaden, dał ostro w tyłek, mając w poważaniu moje mnienamnie na temat behawioru, wiedzę kynologiczną, wiedzę zdrowotną i co tam jeszcze. 

Dlatego tez, z szacunku do niej staram się jeszcze mocniej niż zwykle skupiać na rytuałach, które lubi i są ważne (poranny spacer, wieczorny posiłek, poranne wypuszczenie na obchód ogrodu).

Raczej już nie trenuje pod zawody, nie zamierzam z nią startować, bo o ile podczas startu była naprawdę super i każdy ze startów uznaje za naprawdę dobry (podium, 0,5 od rundy masters, pierwsza dwudziestka) jak na taki móżdżek, to cała otoczka, atmosfera, nocleg w nowym miejscu i całkowita zmiana porządku dnia robiła jej jajecznicę z mózgu. Myślała w trakcie startu, ale nie odpoczywała. Oczywiście bierze udział w normalnych przygotowaniach, jak każdy z moich psów – treningi cardio, pływanie, rozwój mięśni. Jednak ma pracować bez presji – w granicach jej (i mojego, bo nie oszukujmy się, praca z nią to nie kawa w Starbucksie) komfortu.

Nie zabieram jej tez na wymagające wyjazdy, z tego samego powodu. Jak już Wam pisałam, ona bardzo potrzebuje prostych rytuałów. Potrzebuje znać przebieg swojego dnia, aby poruszać się w strefie komfortu. Jej próby przełamania tego kręgu są niestabilne jak reakcja w rdzeniu elektrowni atomowej. Względnie jak kajak na wodzie, do którego wsiada z pomostu osoba, dzierżąca oburącz piwo. Widziałam efekty, z zewnątrz wydawało się to prześmieszne. Z zewnątrz.

Pamiętam ten dzień, kiedy dotarło do mnie, ze możliwe, ze jej wakacje z nami, wolność i zmęczenie fizyczne wcale nie sprawia tyle radości ile nam. To było w Borach Tucholskich, po 25 km przebiegniętych przy rowerze (do takiego dystansu byli stopniowo przyzwyczajani, oczywiście). Najpierw długo nie potrafiła się położyć, a kiedy zasnęła, i dotknęłam ja stopa, zerwała się z naprawdę wstrętnym warkotem, takim, który zdarzał się tylko na początkach naszej wspólnej drogi. Kilka sekund jej zajęło opamiętanie się, ale wtedy trochę zrozumiałam, ze to nie nadmiar energii daje jej w kość, tylko jej poplątany mózg. Wiele razy później okazywało się, że czym większe zmęczenie psychiczne, tym większa pobudliwość i prawdopodobieństwa zachowania agresywnego (jednak już nigdy względem mnie).

Wiecie, to pies, który wchodzi na orbitę pobudzenia nastolatek na koncercie One Direction, gdzie jako niespodzianka pojawił się Justin Bieber, tylko dlatego, ze traciłam stopa zabawkę, która kupiłam chrześniakowi a ta nieśmiało zaśpiewała w szafie “Abecadło”. Takie rzeczy wystarczają, aby uspakajała się kolejne piętnaście minut. Wyobraźcie sobie, co ma w głowie taki pies.

Ostatnio całkiem fajnie nam się żyje na nowych zasadach – jeśli chodzi o czystą rekreację,  i kiedy mam pewność, ze sytuacja nie będzie dla niej za trudna (bo, nie ukrywam ze dla mnie często wyjazd z nią jest trudny), to staram się, żeby uczestniczyła we wszystkim. Kiedy wiem, że będzie to dla niej za dużo, wtedy zostaje u rodziców. Plus, bez bicia się przyznaje, że na zbiorowe spacery z psami chodzi i tak, bo one trwają względnie krótko, a ja nie mam serca po prostu jej powiedzieć, że wszyscy idą, a ona zostaje dla odmiany w domu 😀

Idąc tym tropem na trudny wakacyjny wyjazd postanowiłam zostawić Ru z rodzicami (a tak naprawdę rodzice, znając Ru, zaproponowali to nam). Na Słowenii bez niej miewałam momenty, że roniłam łzy w kotleta, wmawiając sobie, jaką złą właścicielką jestem, i właśnie wtedy dostawałam MMSa z Pucznikiem próbującym dogonić kaczki. Albo wywaloną do góry łapami, wygrzewającą się na tarasie. Wtedy trochę zaczynałam rozumieć, że tak naprawdę to wszystko są moje urojenia, czy próby uczłowieczania Ru. Ona naprawdę czuła się szczęśliwa, niezależnie od tego, że my byliśmy gdzieś indziej.

Ze smutkiem muszę przyznać, że to pies, który kocha moja mamę bardziej niż mnie (głównie dlatego, ze mama wiedząc, ze jest „specjalna”, futruje ja jedzeniem i pozwala na wszystko) :P. Wiem, że jest tam szczęśliwa, wybiegana, wymoczona w wodzie i nażarta ponad stan. Bardzo się cieszę, i doceniam, że mamy warunki, żeby z nią dobrze żyć (niesamowity komfort życia na wsi, gdzie jest niewiele czynników pobudzających i piesek może sobie żyć powoli i spokojnie, hasztag slow life :D) i bardzo doceniam to, że mam miejsce, gdzie mogę ja bezpiecznie zostawić wiedząc, że to tak naprawdę dla niej najlepsza opcja.

Kiedyś trochę myślałam, że jeśli zrobię to albo tamto, to na pewno się zmieni. Dziś już wiem, że niekoniecznie muszę ja zmieniać. Że ona tego nie potrzebuje, ona chce mieć pełny brzuch i wyhasane łapki. Odkąd uszanowałam jej bariery w głowie, nieco łatwiej mi z nią żyć. Nie zrozumcie mnie źle, ona wciąż jest trudna, jazgotliwa, pobudliwa i reaktywna i średnio dwa razy dziennie chce jej ukręcić głowę, a pięć razy już klikam “wyślij ofertę” na OLX. Ale myślę, że i jej, i mnie, jest łatwiej żyć ze świadomością, że my nic nie musimy. Że możemy. I że żyjemy sobie ze sobą, dla nikogo innego. A z drugiej strony nie ma drugiego psa, który tak wybitnie leży w łóżku ze mną. Nie masz lepszego towarzysza do chorowania, naprawdę. Ma wtedy wyczucie, styl, klasę i wdzięk. Nie ma tez drugiego takiego debila w stadzie. To jest pies wycięty z kreskówki Disneya, wraz z jej wiecznie uwalona biała twarzą i wywalonym na bok różowym językiem. 

 

Na koniec mądrość, z jednego z moich ukochanych postaci na świecie:

 

źródło tvguide.co.uk

13 komentarzy na temat ““I że Ci nie odpuszczę, aż do śmierci” – czyli o weryfikowaniu swoich metod szkoleniowych słów kilka

  1. Oooo kochana, przyznaje racje. Mam takiego udreczonego własnym mózgiem pieseczka. Też kocha moją mamę nad życie, podczas gdy mnie może nie być cały dzień, a mój powrót spotka się tylko z co najwyżej entuzjazmem na widok chrupek. To samo z pozmęczeniową agresją i totalną nadaktywnością jeśli cokolwiek w domu odbiegnie od normy. Dodam, że teraz ma 16 lat i nic się nie zmieniła mimo miliona prób i tysiąca metod. Prawie nie słyszy przez co mamy ataki agresji jeśli przejdziemy obok śpiącego psa i ją niechcący ,,zaskoczymy,,. To samo z pogarszającym się wzrokiem i jazgotem za każdym razem kiedy znienacka dotkniemy niczego się nie spodziewającego zadka… też kiedyś myślałam, że pracą ją zmienię. I też się rozczarowałam. Kiedy ze względu na jej wiek zaczęło się pogarszać ojciec powiedział mi coś co sprawiło, że odpuściłam: Co ty chcesz? Starość pokonać? Prawda jest taka, że masakrycznie się boję wziąć kolejnego psa po jej odejściu. Marze od dziecka o borderze. Gehenna z nią przez tyle lat udowodniła mi, że z aktywnym i wymagającym psem sobie dam radę. Ale… boje się utknąć z kolejnym psem, który mógłby być tak rozczarowujący i trudny jak ona na kolejne 15-lub więcej lat 🙁

  2. Ahoj przygodo! 😉 Co cię nie zabiję, to cię wzmocni! Ru jest takim innym pieskiem, ale naprawdę odjazdowym na swój sposób. Bo po co być jak inni skoro można być sobą? Kocham tego pieska internetowo, bo jest taki po prostu idealny na swój sposób!
    Sama na codzień zmierzam się z psem, podobnego temperamentu i wiem mniej więcej co to znaczy. Ale staram się z tym walczyć i zdaję sobie sprawę, że przy odrobinie wysiłku damy sobie radę. Nie tracę nadziei.
    Moje dziecię to po prostu kobieta Mafii i kropka.

    1. No właśnie o tym pisze – że niekoniecznie tak jest. Że nie zawsze przy odrobinie wysiłku, da się radę. Czasem trzeba zmienić podejście. Nie raz, i nie dwa. A i tak, ostatecznie okazuje się, że do psychola trzeba się dostosować i zapewnić mu życie w miarę spokojne i dobre.

  3. Po pierwsze, JEZUSIE JAK JA TĘSKNIŁAM za wpisami od Ciebie. Pustkę w głowie rozumiem zupełnie, ale nie rób nam tego więcej, pliska. Dawaj też Słowenię, przeczytam trzy razy!
    Po drugie: Wcale nie dziwi mnie, że ludzie tak chętnie i często dopytują o Ru. Coś co Tobie utrudnia życie, pewne sytuacje, które wymagają od Ciebie takiego, a nie innego zachowania i opadowywywują witki, z zewnątrz wydają się zabawne, ciekawe, łatwiejsze do zidentyfikowania się w swojej niedoskonałości. Mega szanuję za to, że ogarnęłaś sposób w jaki funkcjonuje mózg pomiotu szatana i pogodziłaś się z tym. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest odpuścić, mimo, że zewsząd słyszmy inaczej.

    Milion buziaków dla Was i nie znikać mi znów na miesiąc <3

    1. Aaaawwww Vukowscy Wy <3 (Vukoriverowcy? Ki diaboł teraz?). Tak, ja osobiście zdaję sobie sprawę z zainteresowania Ru - ona jest śmiesznym charakterkiem, szczególnie, że trudy i znoje z nią pobudząją we mnie tę gorzko złośliwą strunę, która broni się humorem przed dojmującą powagą sytuacji. Ja to wszystko wiem. 😀 tylko czasem szlag trafia, jak ktoś taki nieco mniej wiedzący, rzuca na mnie kalumnie i dumnie głosi, że powinnam być rada, bo Puczinka "to taki miły piesek, życiowo". Miłym pieskiem życiowo jest Bal i Nenu. Ru jest życiowym Slendermanem. Jej herbem jest Harley Quinn. I bynajmniej nie żartuję, w tej kwestii 😀

  4. Dobrze Cię czytać 😉 otwierasz oczy na temat życia z takim psiakiem….mamy nieco podobnie z Pixelem. Trudno jest się przestawić na “nie musimy”, ale nie wszystko da sie pokonać ćwiczeniami i behawioryzmem…np. niezmiennie od 5 lat ten sam czlowiek ubrany w np. nową bluze z kapturem zostaje obszczekany, jest zombiakiem czyhającym na życie psa itp. i jakież za każdym razem, niezmienne zaskoczenie,ze to jedbak swój człek…eh 😉 nic tylko kochać…choć paczkomat kusi….😁
    p.s. Ru kocham milością internetową!😉😘

  5. Ja tutaj daję dużą okejkę za zainteresowanie się co chce ten pies, zamiast interesowania się co ja chcę. I fajnie, że ruda ma takie życie jakie sprawia jej przyjemność. Po prostu
    U nas Ru zwyczajnie “nie grał” ze mną. Chciał trenować i być z Karolem, Karol to jego osoba życia mimo że wcale go lukrem nie oblewa. Ale może też Karol miał do niego inne podejście. W każdym razie, nie wnikałam, nie oczekiwaliśmy też za wiele. Teraz Ru biega agilitki, podróżuje z nami, jest dobrym starszym bratem dla Gemie i dzielnie przełyka zazdrość o Tigiego. I niby lepiej byłoby tego durnia nie mieć, bo nerwus, bo chory, bo zdrowo popieprzony, ale tak cennej lekcji miłości, akceptacji i prawdziwego uczucia do psa inaczej bym nie otrzymała. Nie wyobrażam sobie życia bez jego debilnych min, upominania żeby nie buczał bez sensu i jego chamskiego “przytulania się” gdy pakuje nos w oko a łapskiem dźga w brzuch.
    No i łeb mu czasami chcę ukręcić jak po raz kolejny mnie nie słyszy na spacerze noboniejesteśtatąsorka lub z histerycznym wrzaskiem przybiega bo taśma klejąca na stopie tudzież drze ryja na pana bo tamten ma kaptur. Ale stara się. Bardzo.

  6. Kochamy Ru i kochamy Twoje wpisy o niej, bo my, właściciele nadreaktywniaków, nie czujemy się osamotnieni.

    Tak, kocham Ru miłością internetową, bo dzięki Twoim wpisom wiem, że moja Lalka nie jest jedyna ze swoimi wariackimi wybrykami. Potwierdzam obserwacje, że przemęczony mózg wariata staje się jeszcze bardziej nieobliczalny. Jak mam mało czasu i chcę zmęczyć psa, i dzieje się to bardzo intensywnie, to wcale nie jest pozytywnie zmęczony. Muszę więc pilnie obserwować, kiedy robocze pobudzenie przechodzi w drażliwość i robić krótkie przerwy na wyciszenie, choćby w postaci węszenia, czy położenia psa na 1-2 minuty. To jest balansowanie na krawędzi, żeby zabawa/praca była jeszcze przyjemnością, ale dawała trochę zmęczenia.

    Moja sucz też mnie sporo nauczyła, a najwięcej czujnego obserwowania. Po 1,5 roku umiem sprawnie rozpoznać symptomy zbliżającej się katastrofy i w większości udaje mi się jej uniknąć. Większość psów również nie lubi mojej Lalki, a co najwyżej ją toleruje, co jednocześnie nie przeszkadza Lali wylewnie (i to do przesady) okazywać sympatii niektórym psom. Mimo słabej socjalizacji z innymi psami w szczenięctwie, jeszcze ani razu nie doszło do prawdziwej bijatyki między moją wariatką a innymi psami – były tylko pyskówki, szczerzenie zębów i kłapanie na postrach. Co ciekawe, ta moja wariatka nie warczy – chyba nie umie, bo chyba nie miała okazji nauczyć się psich zachowań w szczenięctwie. Lalka cały czas się uczy być psem.

    Ja również jakiś czas temu zaakceptowałam, że mam wariatkę w domu. Jej popaprany mózg musi nadrobić braki z wychowania i socjalizacji ze szczenięctwa. Niby kretynka, ale na swój sposób jest zadziwiająco inteligentna, bo potrafi nauczyć się pewnych rzeczy w relacjach z innymi psami i w obyciu z miejskim życiem, jednak cały czas czuwam na jej zachowaniami. Mam wrażenie, że to tylko rozwydrzony bachor, którego nikt wcześniej nie uczył dobrych manier. Czasem czuję się jak przewodnik kogoś, kto odzyskuje wzrok i oprowadzam go po krainie kolorów, i mam wrażenie, że ode mnie zależy, czy te kolory będą miłe dla oka, czy nie – zależnie, w jaki sposób je pokażę. Psie skojarzenie nowej sytuacji z pozytywnym lub negatywnym odczucie determinuje na przyszłość sposób postrzegania podobnych sytuacji.

    Klucz do spokoju wewnętrznego (mojego i jej), to zaakceptowanie, że mam wariatkę w domu i traktowanie jej wyskoków z przymróżeniem oka oraz nie wymaganie zbyt wiele od niepełnosprytnego mózgu. 🙂

  7. A i żeby nie było, to nie pozwalam wariatce na zbyt wiele.
    Jak jest wśród psów, co się zdarza dość często w parku, a jej zachowanie zaczyna irytować mnie, otoczenie lub ją samą, to przerywam daną sytuację i odchodzę, żeby wariatka się uspokoiła i nie dręczyła otoczenia. Jak sytuacja ją przerasta, to jeśli nie muszę (np. przejść koło szczekającego płotu), to nie pcham jej w zbyt trudne sytuacje. Tak samo nie pozwalam na kontakt z innymi psami (zawracam i omijam szerokim łukiem), jak szczeka, albo skrada się na ugiętych łapach. Dzięki temu potrafi już normalnie przywitać się z psem będąc na smyczy, choć nie z każdym i nie w każdej sytuacji. Postępy są cały czas. Żółwim tempem zmierzamy ku normalności 🙂

  8. Doskonale Cię rozumiem, mam pseudo sznaucery ześrednie sschroniska, biorąc go myslalam ze kiedyś wezmę to do Lublina gdzie kończę już studiować wete, jednak on nie jest normalny. Najpierw były napady ekscytacji o moja praca nad uspokajaniem, potem dziwne stany lękowe, diagnostyka i szukanie czy wszystko ok no i medycynie nic nie znajdujemy Ale po prostu jego mozdzek Tak działa więc ma obniżone wymagania. Zamiast zabierać to do miasta mieszka w domu z rodzicami i myślę że jest względnie szczęśliwy, z pomocą leków wiedzie życie psa kory ma ogród z dala od samochodów które to naktecaja, jak ma dobry dzień to idzie na spacer jak gorszy to nie musi, rodzice nie wymagają ani nie szkoła A już umieją się z nim obchodzić wiec czasami to najlepsza opcja T rz już do tego dojrzalam mimo że drazni mnie że nie znam przyczyny i mój scisly umysł najchętniej zajrzalby mu do mózgu i naprawił co trzeba.

  9. Nie miałam tak reaktywnego psa, ale zgadzam się z Tobą, że jak odpuszczamy to nagle wszystko jest prostsze i przyjemniejsze. Adoprowalam suczke płochacza niemieckiego, która chyba wcześniej polowała. Każde wejście do lasu, ptak czy kaczka w jeziorze skutkowały brakiem mózgu. Specyficzny dla tej rasy jazgot i bieg do celu. A do tego chęć mordu wszystkim, który poruszali się na motorach lub innych pierdzących pojazdach. Spacery na lince były kara, bo nakręcony pies miotał mną na wszystkie strony, a ja w pewnym momencie bezsilności dostawałam ataku śmiechu i czekałam jak szarpnięcie będzie odrywać mi biodra od reszty ciała. I w pewnym momencie się podałam. Zaakceptowałam, że spacery będą tylko na uwięzi I przestałam od niej wymagać dobrego zachowania tylko wiedziałam, że pojawi się bodziec to ja muszę go przeczekać, udawać, że nie widzę spojrzeń ludzi pod tytułem pies wariat, zabrać możliwe najszybciej z tego miejsca i dać jej się uspokoić. Bez gadania, bez smaczków, bez prób oswajanie jej z daną sytuacja. Żeby tylko ruszyć dalej i zapomnieć o tym co było. I okazało się, że mój spokój i olanie danej sytuacji to było najlepsze co mogłam zrobić. Po 2 latach stała się psem idealnym. Który też zaczął olewać otoczenie i skupiac się tylko na mnie. Spacery stały się przyjemnością, a ja miałam na nią pełną kontrolę i mogłam odwołać ja w każdej sytuacji. Teraz wiem, nic na siłę, cieszmy się sobą i wzajemnym dobrym samopoczuciem i towarzystwem. Była najlepszym co mnie mogło spotkać w życiu, nigdy nic nie bolało mnie tak jak jej strata. Wszystkim Wam życzę dużo cierpliwości, miłości i akceptacji. Nic na siłę.

  10. Myślę, że reaktywność reaktywności nierówna. Ja mam dobermana, ma niecałe 9 miesięcy. Jest to pies odważny, twardy i nie wpadający w histerię. Za to bardzo ciężko go czasami wyciszyć – i też mi się wydawało na początku, że trzeba go po prostu zajechać treningowo, spacerowo itd. Ale gdy pies po 3h aktywnego spaceru zamiast paść na pysk łazi za mną, piszczy, zrywa się z posłania na każdy mój ruch to idzie się zorientować że nie tędy droga. Po moim wyjeździe z nim za granicę – gdzie przez miesiąc warunki były bardzo zmienne, brak stałych godzin spacerów itd. ciężko ogarnąć psa, zostawić go samego, mimo że już nie było z tym problemów. Po prostu jakby się rozregulował, stres widać po łupieżu sypiącym się z psa jak śnieg. Drugi tydzień jesteśmy w domu i dopiero wszystko powoli zaczyna wracać do jako takiego stanu jak było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *