Psi obóz sportowy dla dorosłych – nie ma siary?

Wpis ten będzie obfitował w zdjęcia z telefonu, pewnie zrozumiecie, że w całym tym pierdolniku zrobienie jeszcze pełnoprawnych zdjęć cyfrówką było nieco ponad moje siły 😀

Dzień dobry, cześć i czołem. Piszę do Was, bowiem mam ten ułamek tygodnia, w którym Pan Mąż i dziecko opuścili domowe pielesze i mam posprzątane i ugotowane i mogę poświęcić czas Wam. Dziś planuję Wam opowiedzieć o tym, jak stałam nad przepaścią i wykonałam krok naprzód, oczadziałam i podjęłam się szalonego projektu – wybrałam się na obóz sportowy dla psów ze swoim przychówkiem – czworonożnym z rzędu zwierząt drapieżnych (sztuk trzy) i (jeszcze) czworonożnym z rzędu naczelnych (sztuk jeden)

Byłam dzielną, egoistyczną matką i jestem z siebie dumna, że to przetrwałam nie stanowiąc wielkiego obciążenia dla innych obozowiczów!

Na początku muszę Wam wyznać, że przez większość trwania obozu towarzyszyło mi wielkie szczęście – raz, że moje dziecko zachowywało się tak, że w okolicy mogła spaść sprzedaż prezerwatyw, dwa, że moje psy były naprawdę dzielne i grzeczne (nawet Pucznik!), a trzy – akurat obóz obfitował w fantastycznych ludzi. Co prawda stopniowo ekipa się wykruszała z powodów przeróżnych (my na ten przykład musieliśmy się zwinąć o dzień wcześniej, bo młodego dopadło ząbkowanie i miał gila po pas, w związku z czym nockę z poniedziałku na wtorek miałyśmy od A do Z nieprzespaną) ale w ogólnym rozrachunku to było naprawdę fajne przeżycie.

Nasz salon – po lewej od forfitera mamy nasze łóżko, drzwi to drzwi do wyjścia do ogrodu

Technicznie obóz wyglądał tak, że z reguły na dzień przypadały dwie indywidualne sesje a dodatkowo jedno wejście wspólne – praca w rozproszeniach czy posłuszeństwo. Ogólnie w każdym dniu wybieraliśmy wspólnie motyw przewodni – na przykład frisbee, agility czy sztuczki, ale wszystko było modyfikowane pod widzimisię i możliwości właściciela psa i samego psiaka. Mieliśmy zwierzaki od 9 miesięcy do 12 lat, na różnym poziomie zaawansowania – takich, którzy trzaskali torki i przygotowywali się pod freestyle i takich, którzy uczyli się nie podejmować jedzenia z ziemi. Podobnie miał się przekrój wiekowy – od osób świeżo po maturze, czy na studiach, po osoby świętujące czterdziestkę.

Brunko w końcu pogadał sobie z kimś na poziomie!

Po prostu wszyscy, no wszyscy 18 + śmigali sobie z workami na kupy i zdzierali gardła dopingując sukcesy swoich i cudzych piesków. No i wiadomo – Patka jako szkoleniowiec jest naprawdę niesamowitym wyborem – potrafi dokopać się do kwestii w relacji pies-przewodnik, o których na pierwszy rzut oka nie mieliście pojęcia, ma też niesamowicie kreatywną głowę, prezentuje tysiąc i jedno więcej podejść do przezwyciężenia problemu no i (to akurat spora wada) MA ZAWSZE RACJĘ. Jeśli mówi Wam, że Wasz pies coś zrobi – oszczędźcie sobie wstydu, uwierzcie w to i wybaczcie jej. To jest podobno brzemię, które musi dźwigać.

Każdy mógł ćwiczyć co tam chciał – grzeczne czekanie, technikę skoku, vaulty, chodzenie przy nodze, ciasne skręty, sztuczkę wstydź się, czy wskakiwanie na nogi. Co tam chcecie!

Obóz miał miejsce w oczku (więcej o tym magicznym miejscu opowiadałam Wam tutaj) i technicznie wyglądało to tak, że można było tam spać, swobodnie korzystać z kuchni czy łazienki, część osób mieszkała w głównym budynku, część w domku. Posiłki były trzy – śniadanie w formie szwedzkiego stołu, potem w okolicy południa zupa, a wieczorem obiadokolacja. Do dyspozycji mieliśmy też basen, staw i teren dookoła służący do wybiegania piesków. Wydaje mi się, że wszystkie techniczne aspekty, które mogły Was interesować wyczerpałam, jakby co to oczywiście pytajcie w komentarzach czy na blogu, czy na FB, a ja tymczasem gładko przejdę do moich przeżyć.

Dowód, że Pucznik był z nami! 😀 Choć była jeszcze inna suczka aussie red merle i kurde momentami sama się myliłam 😀

Ogólnie, jak zawsze kiedy pracuję z psami, a mój dzień wypełniony jest właśnie taką robotą, znajduję się na endorfinowym haju. Myślę, że taki aspekt pomógł mi mimo wszystko przetrwać z dziesięciokilogramowym odważnikiem w postaci mojej latorośli, która jak na możliwości takiego malca była naprawdę superdzielna i możliwie niekłopotliwa. Dość powiedzieć, że dzielnie przesypiał prawie całe nocki w pokoju, który był przechodni (spaliśmy w salonie, więc sporo osób wychodziło lub wracało z ogniska, szło do kuchni, czy korzystało z toalety) i przez trzy dni spało tam osiemnaście psów i trzy osoby dorosłe, które gadały do późnych godzin wieczornych. W godzinach swoich drzemek codziennie dzielnie uderzał w kimono na mnie w nosidle, na dwa dni przyjechał też Pan Mąż i całkowicie przejął Dziedzica. Najbardziej martwiłam się o moje indywidualne wejścia, ale miałam niesamowite szczęście do fantastycznych cioć, które na zmianę przejmowały młodego na te kilka chwil – układały z nim klocki, rzucały frisbee, czy wzmacniały klatkowanie 😀

W tle absolutnie czaderski BOS <3

Moja psia ekipa była również niezawodna – z każdym z nich udało mi się choć raz wejść coś porobić (głównie pracowałam z Nenusią, bo tak naprawdę we wspólnej współpracy na frisbee jesteśmy świeżakami i dopiero uczymy się siebie). Balko poza jedną akcją, kiedy jako jedyny doświadczony zawodnik dog diving postanowił znienacka wywalić 3 m wzwyż i przywalić dyńką w betonowy basen, dzięki czemu prawie obrobiłam się na rzadko, a wszystkim uczestnikom serce stanęło był jak zwykle Balem, Nenusia, bez zaskoczeń, była Nenusią wersją superdzielny krewet, a Pucznik był bez kitu najlepszą wersją siebie. Ma na swoim koncie tylko jedną spinę o miskę z wodą, dlatego nocki spędzała śpiąc jako jedyna w klatce, ale naprawdę, musicie mi uwierzyć, że była bardzo dzielnym, mądrym Puckiem (minus zżarcie obroży niedostępnego już wzoru Warsaw Doga). Sporo myślę pomogły argumenty, które zawsze miałam dla niej w zanadrzu (w przeddzień obozu dostaliśmy OLBRZYMIĄ pakę dobroci od Alpha Spirit Polska, która zawierała w sobie fenomenalnie pyszne smakołyki i puszki, dzięki czemu moje psy dostawały jakoś +76 do poprawy jakości słuchu oraz +89 do ogólnego samopoczucia. Ogólnie cały wyjazd “zrobiła” mi właśnie ekipa Alpha Spirit, bo jestem tak bystra, że zapomniałam psom domówić karmy oraz zakupić innych smakołyków niż jakieś stare Frolici (ohydny fast food, ale działa :D). Dziękuję Wam po stokroć za uratowanie życia!

Bakłażan z mięsnym wkładem, ku nieutulonemu żalowi Nenusi, co wieczór trafiał do Pucznika, aby ukoić jego skołatane nadmierną ilością bodźców nerwy

Jeśli zależy Wam na pełniejszym obrazie tego jak bawiliśmy się przez tydzień w Oczku to zapraszam na Instagram, tam w wyróżnionych relacjach wrzuciłam Wam nasze Oczkowe historie. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania czy obawy – piszcie tu, na fejsiku czy przez PW.

W związku z próbą poszerzenia basenu własnym czołem ten car dog divingu dostał masaż od cudownej cioci Arlety <3

Musiałam wrócić o dzień wcześniej ze względu na Brunka, ogromnie żałowałam i miałam to paskudne uczucie z nastolętcwa, kiedy wracało się z tych wybornych obozów żeglarskich czy konnych, tą taką pustkę i smuteczek jak sobie dzień poukładać na nowo – to świadczy o tym, że było wybornie, prawda? Dziękuję całej fantastycznej ekipie obozowej (jeśli to czyta), jestem Wam ogromnie wdzięczna za zrozumienie, pomoc i wsparcie oraz bycie po prostu zajebistymi ziomeczkami <3

4 komentarzy na temat “Psi obóz sportowy dla dorosłych – nie ma siary?

  1. Czyta , czyta ! 🙂 druga merle suka zdołała nawet zgarnąć opierdol „WTF, co Ty tu robisz ??????!!!!! A nie, Sory, myślałam ze to Pucznik „ 😂😂 ale na pocieszenie – nie ty jedyna – na Fride kilka osób powiedziało Ruby

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *