Rok z dzieckiem w stadzie psów – moje obserwacje

Tak to właśnie wygląda. Zadaniowość. Praca. Motywacja. I moje dziecko w słowiańskim przykucu rozrzucające liście.

Jestem absolutnym dzieciowym noobem. Łyknę wszystko jak młody pelikan, czytam mądre książki (o ile się zmuszę, bo zbyt dużo bobasowej literatury, powoduje u mnie chęć ucieczki na forum gdzie ludzie wydłubują sobie oczy za słowo „szczepka” bądź szukają „pieska border koli, ale takiego nie za aktywnego”). Na Brunka czekaliśmy pięć długich lat i mój wewnętrzy rodzinny hygge domator obecnie czerpie z tej radości obiema garściami, ale ten sam zły na wskroś człowiek dziś płakał ze śmiechu w momencie, kiedy moje dziecko niegroźnie się poślizgnęło i wywróciło na rozgwiazdę, leżąc zaskoczone niczym żuczek gnojarek na pancerzyku. Dalej czuję się znacznie lepiej przygotowana do pielęgnowania alokazji, czy wychowania szczenięcia niż wyprowadzenia latorośli na ludzi. Tymczasem minął już rok, jak żyjemy wszyscy razem, w związku z czym mam kilka przemyśleń, na które Was serdecznie zapraszam. Nie będą one mądre, to tak zaznaczę, jak ktoś szykuje się na umysłową ucztę godną najtęższych umysłów pedagogicznych oraz behawiorystów. Ostrzegałam.

Ciężko mi było się przestawić z rozwoju psiego (dość szybkiego) na ludzki. Podobnie ma się sprawa z nauka rzeczy wszelakich na przykład reakcji na imię. Trochę głupio to pisać, ale no jest jak jest, ludzki człowiek wymaga zupełnie innego podejścia, tutaj nie ma czegoś takiego jak zaplanowanie nauki, bujo dzienniczek treningowy. Moje ludzkie dziecko sztuczek uczy się dużo wolniej, często je zapomina, a najlepiej wstrzelić się w okres sensytywny przy danej umiejętności, niczego nie da się „przycisnąć i przepracować”. Dla mnie to abstrakcja, coś, czego naprawdę muszę się uczyć, bo przygotowana jestem jednak do innego typu pracy z nieco zależnym ode mnie bytem. Wymaga to morza pokory i absolutnie zero oczekiwań.

Ciekawie obserwowało mi się też rozwój zaprzyjaźnionego miotu szczeniąt (jak to czytam to brzmi patologicznie, proszę, nie zamykajcie przeglądarki :D) – mam tu na myśli, że taki pies rozwija się nieporównywalnie szybciej i fizycznie i psychicznie. To oczywiste, że pies też dużo krócej kończy rozwój i jego zdolności poznawcze w stosunku do człowieka są ograniczone, tym niemniej dla mnie kosmosem jest to, w jaki sposób psowate pokonują kamienie milowe i było to dla mnie autentycznym zaskoczeniem jak szybko taki czworonożny ssak przyswaja pewne działania (mam tu na myśli na przykład przemieszczanie się, które wymagają plus minus podobnej pracy i koordynacji na tym etapie) w porównaniu do ludzkiego. Jest w tym coś niesamowitego, szczególnie, że istnieją takie ssaki, które już od porodu są w stanie wykonywać tak skomplikowane działania (głównie zwierzęta, które muszą od pierwszych chwil zwiewać przed drapieżnikami). Poznałam też pojęcie noszeniaków i szczerze mnie to fascynuje, bo przez pierwsze kilka miesięcy życia dzieci mają atawistyczny odruch, który polega na tym, że przestraszone szybko rozkłada ramiona (Brunek wyglądał wtedy na bardzo wkurzonego, trochę jakby się sadził na nas i chciał nam wypłacić z dyńki a nie szukał schronienia) a następnie je składa, aby móc wczepić się w „futro” rodzica i nie zostać pominięty przez rodzica (nazywa się to odruch Moro).

Naprawdę – naprawdę psy wyuczone podstawowego posłuszeństwa to jest podstawa. Pytacie mnie czasem jak sobie radzę z taka ekipa na spacerze – radzę sobie dlatego, że im naprawdę styka, nie dyskutują w kwestiach najważniejszych (owszem zdarza im się zachowywać jak młotki na smyczy, mimo, ze od roku mam ustalone po której stronie wózka idą , och witaj Ru). Ale jeśli szykujecie się na dziecko – przywołanie, ignorowanie szczekaczy przy płocie, odsyłanie na miejsce, ignorowanie ludzi to naprawdę podstawy zapewniające Wam komfort. Inaczej jakiekolwiek manewry z Wami i dzieckiem to będzie zgryzota i sromota i płacz i zgrzytanie zębów i rwanie włosów z części ciała różnych. I ucierpią na tym psy.

Moje dziecko ma immunitet na szczeki „swoich” psów (mimo, że ciskam pioruny z oczu jak któremuś burkowi się wyrwie), natomiast na hałas innych psów jest wyczulony. Nie wiem, dlaczego właśnie tak się dzieje, ale wczoraj siedziałam skostniała z zimna w aucie, bo młody drzemał, a to wiadomo, czas święty dla rodzica. Z zimna Nenu miała zwarcie w mózgu i postanowiła obszczekać przechodnia za szybą, toteż cisnęłam w nią podłym słowem i struchlała zerknęłam na Dziedzica. Spało jak woźny w Nowy Rok. Dwadzieścia minut później pies sąsiadów ruszył z odsieczą wobec ludzi wracających z kościoła. Zgadnijcie kto się obudził. W sumie to dobrze, bo i tak przymarzałam już trochę do kierownicy.

Strach. Racjonalny, irracjonalny – zawsze bałam się co byłoby z psami gdyby wojna, przesiedlenie, katastrofa ekologiczna (na sama myśl zlewa mnie zimny pot). Teraz? Teraz boje się jeszcze bardziej. O wszystkich jednakowo. Ale intensywniej. Wczoraj miałam nie jakoś bardzo dramatyczny sen, w którym szybko się gdzieś mieliśmy wynosić. Obudziłam się rozedrgana, długo potem nie mogłam zasnąć. To są obecne dramaty. Jak ich wszystkich uratować, jak zapewnić bezpieczeństwo, jak ochronić. Te uczucia są straszne, wtedy sobie zawsze myślę, że lepiej nie mieć nikogo, człowiek nie jest tak odsłonięty.

Psy łagodzą obyczaje Dziedzica. Pomagają. Czasem świadomie, częściej nieświadomie. Kiedy jest skwaszony, ciężko go zadowolić z reguły wystarczy żeby zrobiły sztuczkę albo pobawiły się z nim ( niestety robią to tylko według moich wskazówek, Dziedzic nie jest partnerem według nich). Pomagają i mi kiedy jest naprawdę samotnie i źle, one są i będąc tulaskami, albo wprost przeciwnie absolutnymi kretynami, pomagają. Mogą coś przynieść, zaangażować niegroźna rozróbę, jeść jedzenie i być mega interesującymi dla dziecka. Mogą po prostu być, wsadzić nos w ucho i oko, dziecko poprawi paluszkiem i robi się nieco lepiej.

Może być tak, że psy będą dla Was dodatkowym obciążeniem (tak mi relacjonowały koleżanki, że przez pierwszy okres miały spory problem z psami w obecności dziecka – to okej, to jest zwierzęce, to instynkt), a może być tak, że będziecie ich potrzebować jeszcze bardziej niż zwykle (to byłam ja, Bala potrzebowałam już drugiego dnia po powrocie ze szpitala). Przygotujcie się na obie opcje.

Rasy, które są bardzo ukierunkowane na człowieka mogą mieć spory problem z Waszymi emocjami. Bal do tej pory zna specyficzny płacz Brunka, który oznacza, że będę nerwowa i od razu zwiewa pod łóżko, na spacerze z kolei słysząc ten płacz natychmiast zbijają się w „blisko”, bo wiedzą niestety z doświadczenia, że wtedy całą swoją uwagę kieruję na komunikację z młodym i nie mam w ogóle uwagi skupionej na nich, więc mają albo mi zniknąć z oczu bo będę mordować (wersja domowa), albo być przy wózku i udawać, że ich nie ma. Są takie momenty, kiedy nie ma innej opcji, jest moment, najczęściej w najmniej odpowiedniej chwili, w którym trzeba wszystko rzucić i spróbować zrozumieć o co chodzi najmłodszemu z podopiecznych. Nie czuję się winna, bo uwierzcie mi, jest taki niesamowity świat powodów, dla którego świeża matka może czuć się źle sama ze sobą, toteż nie dokładajcie sobie. Jest jak jest, wyjdziecie z tego i będzie znów ok.

Matka jest zwierzęciem. I to jest coś, czego ja nie obejmę umysłem, a jestem raczej pewna, że mam zdrowe podejście do macierzyństwa. Był jednak moment, sekunda nieuwagi, kiedy nagle Brunek wybuchnął płaczem (z bólu, faktycznie, są różne dźwięki płaczu) i gdy się obróciłam, spod oka leciała mu krew. Kątem oka zarejestrowałam, że 3 metry od niego Bal właśnie szykował się do ucieczki, bo zawsze tak reaguje na ten płacz Dziedzica. Wiecie, co mój umysł pierwsze zarejestrował? Bal ugryzł dziecia – znaleźć i zabić. Nieważne, że ranka zupełnie nie przypominała pogryzienia, nie było śliny, była prosta, jak rozcięcie skalpelem, Bal był 3 metry od dziecka, pod stołem, nie było szans, żeby mógł mu coś zrobić. Pradawna lwica Sarabi obudziła się we mnie, to nie jest racjonalne, to jest instynktowne. Do tej pory jest mi wstyd. Oczywiście kiedy opadły emocje mój mózg myślał racjonalnie, ale chyba każdy zna te ułamki chwil tuż po jakimś zdarzeniu.

Nie jest tak, że wszystkie psy od razu kochają dzieci (szerzej pisałam o tym tu), moje wszystkie psy traktują Brunka raczej jako jakiś tam dodatek do naszej rodziny, dziwne zwierzątko, które bywa źródłem udogodnień, bądz wprost przeciwnie – trochę utrudnia życie (zasady!). Myślę, że jest on im raczej obojętny, ale wiedzą, że opłaca się im być dla niego miłym, bo wtedy ja jestem szczęśliwa i ich chwalę.

Trochę ciężej jest być z ludźmi. I nie mam tu na myśli tego, że jest dziecko, którym się trzeba zająć, bo jeśli jest się w związku we dwoje, to jest po prostu szansa na dogadanie kto i kiedy zajmuje się swoim potomkiem. Natomiast siłą rzeczy osoby, które dzieci nie mają, traktują ludzi z dziećmi inaczej (bo czasem potrzebna jest wyższa logistyka faktycznie), tym niemniej jest to taka zdecydowanie trudniejsza część macierzyństwa, bo czasem o uwagę osób, z którymi wcześniej miało się do czynienia bardzo często trzeba się dobijać. I faktycznie, czasem jest tak, że kobieta pod wpływem macierzyństwa się zmienia, ale często zupełnie tak nie jest i zostaje taka przykrość w sercu jak coś fajnego Cię omija, a w sumie miałaś szansę też się wybawić i odetchnąć od domu (bo czasem mimo tego, że Twój partner zajmuje się dzieckiem, potrzebujesz po prostu z nim nie być w jednym pomieszczeniu).

Tym średnio optymistycznym akcentem kończę temat macierzyństwa psiego. Chyba, że ktoś ma zamówienie na jeszcze jakieś tematy – wtedy piszcie. No ogólnie, zapraszam do komentowania, ciekawa jestem jakie są Wasze przemyślenia!

13 komentarzy na temat “Rok z dzieckiem w stadzie psów – moje obserwacje

  1. Na moje przemyślenia przyjdzie czas, bo macierzyństwo dopiero przede mną (już za chwilę), ale dajesz mi nadzieję, że da się z psami i z dzieckiem wszystko poukładać!

  2. Heh, po przeczytaniu jeszczę bardziej się cieszę, że w moim życiu nie ma miejsca na dzieci.

    A co do ostatniego punktu to tak – ciężej się funkcjonuje z kimś kto nagle ma tryb rodzic. Mnie się już jedna przyjaźń rozjechała, raczej skutecznie, przez wszechobecne dziecko. Nawet jak się cud zdarzy i nie ma dziecioka fizycznie to i tak jest cały czas obecne w tle.

    1. Jednak poswieciłaś część swojego czasu na przeczytanie wpisu, który Ciebie nie interesuje, oraz nawet zostawienie komentarza – wow 😅

      Akurat ja absolutnie nie mam potrzeby opowiadania o moim dziecku ani problemów z zostawieniem syna ze swoim mężem, także nie każdy rodzic odczuwa potrzebę nieustannego rozmawiania o swoim dziecku, i chętnie skorzysta z prawa nie przebywania wśród klocków i pampersów 😂

      1. Tak, bo czytam bloga regularnie od długiego czasu 🙂
        I to nie tak, ze mnie nie interesuje – własnie mnie interesował tylko jak mówię – utwierdził w wyborach życiowych.
        Nie mam w okół siebie matek psiar wieć taki punkt widzenia jest inny niż matki nie-psiary, a przez to ciekawy.

        1. Ja z kolei nie odnajduję się do końca w środowisku matek, jakby urodzenie dziecka nigdy nie było moim osiągnięciem życia (mimo, że o same dziecko walczyliśmy ostro 5 lat). Mam swoje pasje, na macierzyńskim odkryłam kolejną i nie jest nią dziecko 😀 Ale dzieci zawsze mieć chciałam, to jest mój obraz – dobry, ciepły, bezpieczny dom gdzieś na uboczu, w naturze, trochę psów, cudowny mąż, kochani rodzice no i dzieci 🙂 Także marzenia a pasje to dla mnie zupełnie odmienne rzeczy.

          1. Bardzo się cieszę, że udało Ci się ten obraz przenieść na realne życie 🙂

            Trzymam kciuki żeby i marzenia i pasje udawało Ci się realizować bez zgrzytów!

  3. Bardzo ciekawe przemyślenia! Nie posiadam psa ani dzieci, ale myślę, że bliżej mi byłoby do dziecka 🙂 Mam nadzieje, że przyjdzie na mnie kiedyś pora

  4. Na szczęście jeszcze daleko mi do takiego stanu rzeczy, ale nawet teraz czytam z lekkim przerażeniem.
    Zdecydowanie bliżej i chętniej mi do wychowania zwierzaka, niż ludzkiego potomka. Nawet biegając ze szczeniakiem co 1,5h „na siku” mam wrażenie, że jestem mniej ograniczona, niż posiadając dziecko… Cóż, mam nadzieję, że jeśli kiedyś się zdecyduję to jakoś podołam temu cyrkowi.
    Nie mniej szanuję Cię jeszcze bardziej za tak szczere podejście do tematu!
    Ściskam,
    K

    1. Oczywiście, pies stanowczo mniej ogranicza. Nie zmienia życia aż tak. To był mój problem przez pierwsze kilka miesięcy. Zdecydowanie łatwiej mi wychowuje się psy niż dzieci (o czym wspomniałam już na początku :D). Dla mnie dziecko to było dopełnienie mojej potrzeby przekazywania wartości tego, że dobry, ciepły dom, kochająca rodzina to coś, co jest najfantastyczniejsze samo w sobie. Jestem szczęśliwa mając całą moją ekipę przy sobie (i mam tu na myśli również psy). Jestem szczęśliwa, że Brunek jest z nami, ale podobnie jak ze związkiem -to czasem wyrzeczenia, to praca, to łzy. Ja uważam, że warto, ale też jestem zdania, że nie każdy powinien mieć dzieci, jeśli chce – to niech robi. Jeśli nie chce – to niech społeczeństwo się od niego odpimpoli 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *