BARF na wyjeździe.

20150827-_MG_0526Ano, wróciliśmy.

Przed wyjazdem miałam drobne załamanie okołobarfne. Próbowałam przeliczać, kombinować i wyszło mi, że wcale nie jest tak, że to, co podaje naszym psom wychodzi jakoś super tanio. Podzieliłam się swoimi wątpliwościami na forum, ludzie lekko mnie postawili do pionu, jednak przez chwilę szala przeważała w stronę powrotu do karmy. Wystarczyło wyjechać na urlop i przez dwa dni podawać dobre, puszki (ale nie super hiper górna półka, tylko średnia – Lukullus). Po dwóch dniach latania i sprzątania wielkich, częstych kup, oraz znoszenia wiecznego psiego głoda, szybciuteńko skierowałam auto w stronę najbliższej Biedronki i zapchałam mikro zamrażalnik mięchem. No nie da się, rozpuściłam się, BARF królem i królową, niepodzielnie. Jak wyglądał więc nasz Barf na urlopie?

Czytaj dalej…

TEST: I my ulegliśmy POKUSIE.

Ostatnio na blogach zaroiło się od recenzji pewnego białego proszku. Ru z niepokojem nastawiła uszu i zajrzała Gosi przez ramię. Piegowaty nos poruszał się, jednak nic szczególnego nie dało się poczuć. Wyglądało smakowicie, inne pieski posilały się, oblizywały, chciały jeszcze…ach, jakby tylko mogła, choć raz liznąć, choć skubnąć, troszeczkę…Głośno przełknęła ślinę.
Balu leżący nieopodal ze zblazowaną miną, ziewnął i spojrzał na rudą pobłażliwie: 
„- Daj spokój, Ryża, toż to jutab ludzki jest. Celebryci tylko. Naspeedowani jacyś pewno. „
Ruby nie do końca dała się przekonać. Jeśli chodziło o jedzenie, była nieugięta. To była jedna z najważniejszych rzeczy w jej życiu. Pełny brzuszek wygrywał nawet z tarzaniem się w kupie. A trzeba przyznać, że perfumy również zajmowały wysokie miejsce na jej liście potrzeb.
„-Balu, nie bądź głąb. Toż to najmodniejsze teraz! Wszyscy, to jedzą! Niuchacz, Labradory, Futra Specjalnej Troski…a my?”
Balu tylko westchnął w odpowiedzi. On wiedział swoje. Miał wysublimowany gust i delikatne kubki smakowe. W połączeniu z iście hrabiowskim 'niebedetegojadł’, w szczenięcych latach przyprawiał Gośkę o wczesną siwiznę. Żarłoczność wpisaną w rasę biedna blogerka znała jedynie z forów. Zaklinanie rzeczywistości, stanie na głowie oraz odtańcowanie zbójnickiego przy misce miała opanowane do perfekcji – żeby tylko wepchnąć choć trochę dobra do szczenięcego brzuszka. Przygarnięcie Ru zmieniło niewiele – ot zaczął jeść surowe mięso. Jednak podroby, warzywa, owoce? Wciąż gryzły w podniebienie i wpędzały w stan obrzydzenia. Ohyda. Wolał nie jeść wcale, jak Gośka ma się wygłupiać z takimi świństwami.

Czytaj dalej…