Jak to z kuchnią było.

Pierwszy post z cyklu – przed i po 🙂 Na tapetę idzie kuchnia, głównie dlatego, że moje wyobrażenie w konfrontacji z rzeczywistością trochę się zmieniło. Ideę miałam, a  w praktyce zakochałam się w kolorze Beckersa (Cotton Candy), który nijak nie komponował się z moim wymyślonym odcieniem niebieskiego .
Jedna rzecz pociągnęła za sobą kolejne, i w efekcie mam po prostu jasną kuchnię z motywem różyczek (który powtarza się również w salonie/jadalni).

 

 
Dosłownie i w przenośni uchylam rąbka tajemnicy 🙂

 

Na początek- kilka zdjęć o wartości “historycznej”:) Trzymajcie się mocno – dom nie był remontowany dwadzieścia lat! 🙂

 

 

 

Kuchnia. zdjęcie z przedpokoju, ściana za lodówką poszła do wyburzenia.

 

 

Kąt w kuchni, w którym teraz jest szafka narożna.
ŚP ściana widziana z salonu.
 
 
 
Zbliżona perspektywa, dzień dzisiejszy 🙂 Niestety światło nie sprzyjało, więc kuchnia wygląda na taką, która z powodzeniem mogłaby zagrać w kolejnej części Silent Hill. W rzeczywistości wygląda to weselej, słowo!
Kuchnia nie jest jeszcze dokończona –
w przestrzeni między szafkami mamy położyć drewno, ale z przyczyn niezależnych, na
tą chwilę musi zostać tak jak jest.
Mam swój kompromis – drewnianą
deskę, zamiast drewnianego blatu – jestem z niej bardzo
zadowolona, bardzo lubię z niej korzystać. Jednak ponure prognozy sprawdziły się – już po miesiącu użytkowania pojawiły się na niej smugi nie do wyszorowania, odbarwienia z buraczków i ślady po nożu. Po prawdzie nieco odetchnęłam z ulgą, że podjęłam właściwą decyzję – mimo tego, że nie mam zadatków na pedantkę, to jednak taki wygląd blatu mógłby mi zwarzyć humor.

 

 
Drewniana deska, miesiąc użytkowania. Przebarwienia nie do usunięcia.

 

W IKEI zupełnie przypadkowo mama znalazła
przeuroczą półeczkę, niestety po rozpakowaniu okazało się, że
w transporcie jeden z plastikowych pojemników rozkruszył się. Nie
ma możliwości zakupu osobno, więc mam z innej parafii – szufladkę z kredensu mojej prababci.

 

Et voila, szufladka jak się patrzy 🙂

 

Również przez przypadek zakupiłam
kilka słoiczków w Pepco, okazało się, że idealnie pasują także
do niej. Oto całokształt wykopaliska w pełnej krasie:

 

 
Zdjęcie robione suszarką do włosów, za co uniżenie przepraszam.

 

Czajnik to moje odkrycie – wykopek z allegro. Ceramiczny, biały, pękaty…elektryczny! Za każdym razem gdy robię sobie herbatę zachwycam się
jego wyglądem – wygląda jak imbryczek z Disneyowskiej pięknej i Bestii! :))
W tle mój poranny respirator, ekspres do kawy, który rodzice dostali wraz z lodówką, oraz zestaw podstawowy herbat liściastych wszelkiej maści (mate, oolong, sencha, pu erh).

 

Płyta indukcyjna to moje rozczarowanie
roku – zamawiałam ją jako białą, natomiast w rzeczywistości
okazało się, że ma niebieskawo-szary kolor. Już przywykłam, ale
na początku ciężko było się dostosować do wizji.
 
Nie lubię Cię płyto, dlatego jesteś nieostra!

 

Piekarnik również nie do końca
(nigdy już nie będę zamawiać produktów AGD przez internet, tak mi dopomóż Bóg!), nie
do końca podobają mi się chromowane gałeczki, ale całokształt nie jest najgorszy.
 
Najważniejsza kwestia – timer dzwoni jak Dzwoneczek z Piotrusia Pana!  Nastawiam minutnik tylko po to, żeby słyszeć ten przeuroczy dźwięk. ( tak na marginesie : naprawdę nie wiem, czemu moja kuchnia roi się od disneyowskich metafor, upraszam o wybaczenie :P)
 
 
Na razie tyle, naprawdę warunki oświetleniowe były bardzo ciężkie, dlatego zdjęć jest niewiele. Jeśli ktoś chciałby coś więcej wiedzieć, jeszcze jakieś zdjęcia, służę ! 🙂

7 komentarzy na temat “Jak to z kuchnią było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *